- Zaczyna mnie pan interesować, panie Wokulski - dodała pani Wąsowska wyciągając do niego rękę. Panna Ewelina przez cały czas rozmowy była schylona nad haftem. W tej chwili podniosła głowę i spojrzała na Starskiego z takim wyrazem rozpaczy, że Wokulski zdziwił się... Ale Starski wciąż uderzał szpicrózgą koniec swego buta, gryzł cygaro i uśmiechał się na pół drwiąco, na pół smutnie. Za altanką rozległ się głos Ochockiego:
- Widzisz, mówiłem ci, że tu jest pani...
- No, to w altance, ale nie w krzakach - odpowiedziała młoda dziewczyna z koszykiem w ręku.
- Ach, głupia jesteś! - mruknął Ochocki wchodząc i niespokojnie patrząc na damy.
- Oho! pan Julian znowu wkracza do nas jako triumfator - rzekła wdówka.
- Ależ słowo honoru daję, że tylko dla skrócenia drogi szedłem przez klomby - tłumaczył się Ochocki.
- I tak pan zjechał z drogi, jak dziś wioząc nas...
- No, słowo honoru daję...
- Już lepiej podprowadź mnie, zamiast się tłomaczyć -przerwała prezesowa. Ochocki podał jej rękę, ale miał minę tak zakłopotaną i kapelusz tak wsadzony na bakier, że pani Wąsowska nie mogła pohamować nadmiaru wesołości, co na twarzy panny Felicji wywołało nową serię rumieńców, a Ochockiego zmusiło do rzucenia wdówce kilku gniewnych spojrzeń. Całe towarzystwo skręciło na lewo i boczną aleją szło do budynków folwarcznych. Naprzód prezesowa z Ochockim, za nimi dziewczyna z koszykiem, potem wdówka z panną Felicją, Wokulski, a za nim panna Ewelina ze Starskim. Przy furtce hałas na przodzie spotęgował się, a w tej chwili Wokulskiemu przywidziało się, że słyszy za sobą cichą rozmowę.
- Czasem zdaje mi się, że wolałabym w grobie leżeć... - szepnęła panna Ewelina.
- Odwagi... odwagi... - odpowiedział jej tym samym tonem Starski.
Wokulski teraz dopiero zrozumiał cel wyprawy na folwark, gdy w dziedzińcu wybiegło naprzeciw prezesowej całe stado kur, którym ona rzucała ziarno z kosza. Za kurami ukazała się ich dozorczyni, stara Mateuszowa, donosząc pani, że wszystko jest dobrze, tylko że z rana krążył nad dziedzińcem jastrząb, a po południu jedna z kur trochę udławiła się kamieniem, ale już ją minęło.
Po przeglądzie drobiu prezesować obejrzała obory i stajnie, gdzie parobcy, po większej części ludzie dojrzałego wieku, składali jej raporta. Tu o mało nie zdarzył się wypadek. Ze stajni bowiem nagle wybiegło spore źrebię i rzuciło się na prezesową przednimi nogami jak pies, który staje na dwu łapach. Szczęściem, Ochocki pohamował figlarne zwierzę, a prezesowa dała mu zwykłą porcję cukru...
- On babcię kiedy skaleczy - odezwał się niezadowolony Starski. - Kto widział przyzwyczajać do takich pieszczot źrebięta, z których później wyrastają konie!
- Zawsze mówisz rozsądnie - odpowiedziała mu prezesowa głaszcząc źrebaka, który kładł głowę na jej ramieniu, a później biegł za nią tak, że parobcy musieli go zawracać do stajni. Nawet niektóre krowy poznawały swoją panią i witały ją stłumionym rykiem, podobnym do mruczenia