- A to doskonale! - zawołał baron - bo i ja tam jadę. Prawie od dwu miesięcy mieszkam tam. To jest... panie... nie tyle mieszkam, ile ciągle dojeżdżam. To od siebie, gdzie mi dom odnawiają, to z Warszawy... Teraz wracam z Wiednia, gdzie kupowałem meble, ale zabawię prezesowej tylko parę dni, bo, panie, muszę zmienić wszystkie obicia w pałacu, założone nie dawniej jak dwa tygodnie temu. Ale cóż robić...nie podobały się, więc obedrzemy, nie ma rady!...
Śmiał się i mrugał oczyma, a Wokulskiego zimno przeszło. "Dla kogo te meble?... Komu nie podobały się obicia?..." - pytał sam siebie z trwogą.
- Szanowny pan - ciągnął baron - już skończył swoją misję. Winszuję!... - dodał ściskając go za rękę. - Od pierwszego, panie, rzutu oka uczułem dla pana szacunek i sympatię, która teraz zamienia się w prawdziwą cześć... Tak, panie. Nasze usuwanie się od politycznego życia zrobiło nam wiele szkody. Pan pierwszy złamałeś nierozsądną zasadę abstynencji i za to, panie, cześć... Musimy się przecie interesować sprawami państwa, w którym znajdują się nasze majątki, gdzie leży nasza przyszłość...
- Nie rozumiem pana, panie baronie - przerwał mu nagle Wokulski.
Baron tak zmieszał się, że przez chwilę siedział bez ruchu i głosu. Nareszcie wybąkał:
- Przepraszam!... Doprawdy nie miałem zamiaru... Ale sądzę, że moja przyjaźń dla czcigodnej prezesowej, która, panie, tak...
- Skończmy, panie, z wyjaśnieniami - rzekł ze śmiechem Wokulski ściskając go za rękę. - Kontent pan z wiedeńskich sprawunków?
- Bardzo... panie... bardzo... Chociaż, czy pan uwierzy, była chwila, że za radą szanownej prezesowej miałem zamiar fatygować pana w Paryżu...
- Chętnie służyłbym. O cóż to chodziło?
- Chciałem mieć stamtąd garnitur brylantowy - mówił baron. -Ale że w Wiedniu trafiły mi się pyszne szafiry... Właśnie mam je przy sobie i jeżeli pan pozwoli... Pan jest znawcą klejnotów?...
"Dla kogo te szafiry?" - myślał Wokulski. Chciał poprawić się na siedzeniu, ale poczuł, że nie może podnieść ręki ani wyprostować nóg.
Baron tymczasem wyjął z rozmaitych kieszeni cztery safianowe pudełka, ustawił je na ławce i po kolei zaczął otwierać.
- Oto bransoleta - mówił - prawda, jaka skromna, jeden kamień... Brosza i kolczyki już są ozdobniejsze; kazałem nawet zmienić oprawę... A to naszyjnik... Proste to, ale smaczne i może dlatego ładne...Ale ogień jest, prawda, panie?...
Mówiąc tak, przesuwał szafiry przed oczyma Wokulskiego, przy migotliwym blasku świecy.
- Nie podobają się panu? - spytał nagle baron spostrzegłszy, że jego towarzysz nie odpowiada. - Owszem, bardzo piękne. Komuż to baron wiezie taki prezent?

NR: WJQJXZM WJKQJZM WJKYVGM WQVXVGM WQYJVGM