Głowa mu pałała. Chodził tam i na powrót z zaciśniętymi pięściami i uśmiechał się do własnych marzeń.
Nad wieczorem otrzymał telegram z Moskwy, po którym natychmiast wysłał depeszę do Paryża. Następny zaś dzień, od rana do późnej nocy spędził ze swym adwokatem i rejentem.
Kładąc się spać pomyślał:
"Czy tylko ja nie zrobię głupstwa?... No, przecież zbadam rzeczy na miejscu... Czy może istnieć metal lżejszy od powietrza, to inna kwestia, ale że coś w tym jest - nie ma wątpliwości... Zresztą szukając kamienia filozoficznego znaleziono chemię; kto zatem wie, co się napotka teraz?... W rezultacie wszystko mi jedno, byle wydobyć się z tego błota..."
Dopiero nazajutrz w południe przyszła odpowiedź z Paryża, którą Wokulski parę razy odczytał, W chwilę później oddano mu list od pani Wąsowskiej, gdzie na kopercie, w miejsce pieczątki, znajdował się wizerunek Sfinksa.
- Tak - mruknął z uśmiechem Wokulski - twarz ludzka i tułów zwierzęcia: nasza zaś imaginacja dodaje wam skrzydeł.
"Niech pan do mnie wpadnie na kilka minut - pisała pani Wąsowska - gdyż mam bardzo ważny interes, a dzisiaj chciałabym jechać."
"Zobaczymy ten ważny interes!" - rzekł do siebie.
W pół godziny później był u pani Wąsowskiej; w przedpokoju stały już gotowe do drogi kufry. Pani przyjęła go w swoim gabinecie do pracy, w którym przecie ani jeden szczegół nie przypominał pracy.
- A, pan jest bardzo grzeczny! - zaczęła obrażonym tonem pani Wąsowska. - Wczoraj cały dzień czekałam na pana, a pan ani się pokazał...
- Przecież zabroniła mi pani przychodzić do siebie - odparł zdziwiony Wokulski.
- Jak to?... Czyliż wyraźnie nie zaprosiłam pana na wieś?... Ale mniejsza, policzę to na karb pańskiej ekscentryczności... Drogi panie, mam do pana bardzo ważny interes. Chcę niedługo wyjechać za granicę i chcę poradzić się pana: kiedy najlepiej kupić franki, teraz czy przed wyjazdem?..
- Kiedyż pani jedzie?...
- Tak... w listopadzie... w grudniu... - odparła rumieniąc się.
- Lepiej przed samym wyjazdem.