- Żydowszczyzna w naszej spółce!... - westchnął książę. - Oni nawet na posiedzeniach gotowi rozmawiać po żydowsku... Nieszczęsny kraj! nieszczęsny język!...
- Nie ma obawy - wtrącił Wokulski. - Większość naszych wspólników ma zwyczaj rozmawiać na sesjach po francusku i językowi nic się nie stało, więc chyba nie zaszkodzi mu i kilka frazesów w żargonie.
Książę zarumienił się.
- Ależ starozakonni, panie... obca rasa... Teraz jeszcze zaczęła się przeciw nim jakaś niechęć...
- Niechęć tłumu niczego nie dowodzi. Lecz któż zresztą broni panom zebrać odpowiednie kapitały, jak to zrobili Żydzi, i powierzyć je nie Szlangbaumowi, ale któremu z chrześcijańskich kupców?
- Nie znamy takiego, któremu można by zaufać.
- A Szlangbauma znacie?...
- Przy tym u nas nie ma ludzi dość zdolnych - wtrącił książę.- To są subiekci, nie finansiści...
- A ja czym byłem?... Także subiektem i nawet restauracyjnym chłopcem; mimo to spółka przyniosła zapowiedziany dochód.
- Pan jesteÅ› wyjÄ…tkiem...
- Któż panom zaręczy, że nie znaleźlibyście więcej takich wyjątków w piwnicach i za kontuarami. Poszukajcie.
- Starozakonni sami do nas przychodzÄ…...
- Otóż to!... - zawołał Wokulski. - Żydzi przychodzą albo wy do nich, ale chrześcijański parweniusz do was nawet przyjść nie może, bo tyle napotyka zawad po drodze... Wiem coś o tym. Wasze drzwi tak szczelnie są zamknięte przed kupcem i przemysłowcem, że albo trzeba je zbombardować setkami tysięcy rubli, ażeby się otworzyły, albo wciskać się jak pluskwa... Uchylcie trochę tych drzwi, a może będziecie mogli obchodzić się bez Żydów.
Książę zasłonił rękoma oczy.
- O, panie Wokulski, to... bardzo słuszne, co pan mówi, ale i bardzo gorzkie... bardzo okrutne... Mniejsza jednak... Rozumiem pański żal do nas, ależ... są jakieś obowiązki względem ogółu...