Geist kręcił głową.
- Majątek masz - mruczał - o sławę, przynajmniej dotychczas, nie dobijasz się... Tu musi być kobieta!... - zawołał.
- Może - odparł Wokulski, bardzo zmieszany.
- Jest kobieta! - rzekł Geist. - To źle. O niej nigdy nie można wiedzieć: co zrobi i dokąd zaprowadzi... W każdym razie słuchaj - dodał patrząc mu w oczy. - Gdyby ci kiedy jeszcze raz przyszła ochota próbować... Rozumiesz?... Nie zabijaj się, ale przyjdź do mnie...
- Może zaraz przyjdę... - rzekł Wokulski spuszczając oczy.
- Nie zaraz! - odparł żywo Geist. - Kobiety nigdy nie gubią ludzi od razu. Czy już skończyłeś z tamtą osobą rachunki?..
- Zdaje mi się... - Aha! dopiero zdaje ci się. To źle. Na wszelki wypadek zapamiętaj radę. W moim laboratorium bardzo łatwo można zginąć, i jeszcze jak!...
- Coś pan przyniósł, profesorze? - zapytał go Wokulski.
- Źle! źle!... - mruczał Geist. - Muszę szukać kupca na mój materiał wybuchowy. A myślałem, że połączymy się...
- Pierwej pokaż pan, coś przyniósł - przerwał Wokulski.
- Masz rację... - odparł Geist i wydobył z kieszeni średniej wielkości pudełko. - Zobacz - rzekł - za co to ludzi nazywają szaleńcami!...
Pudełko było z blachy, zamknięte w szczególny sposób; Geist po kolei dotykał sztyftów osadzonych w różnych punktach, od czasu do czasu rzucając na Wokulskiego spojrzenia gorączkowe i podejrzliwe. Raz nawet zawahał się i zrobił taki ruch, jakby chciał schować pudełko; ale opamiętał się, dotknął jeszcze paru szyftów i - wieko odskoczyło.
W tej chwili opanował go nowy atak podejrzliwości. Starzec padł na kanapę, ukrył pudełko za siebie i trwożnie spoglądał to na pokój, to na Wokulskiego.
- Głupstwa robię!... - mruczał. - Co za nonsens narażać wszystko dla pierwszego lepszego z ulicy...
- Nie ufasz mi pan?... - spytał niemniej wzruszony Wokulski.