- Sam mi radziłeś, ażebym nie trzymał pustego lokalu...
I baronowa spokorniała, bo z jednej strony boi się męża, a z drugiej studentów.
Takim sposobem baronowa za swoją złość i mściwość, a Maruszewicz za intrygi, z jednej i tej samej ręki ponoszą karę; uczciwy zaś Klejn ma towarzystwo, jakiego pragnął.
O, jest sprawiedliwość na świecie!...
Ten Maruszewicz, dalibóg, jest bezwstydny!
Przyleciał dziś do Szlangbauma ze skargą na Klejna.
- Panie - mówił - jeden z pańskich oficjalistów, który mieszka w domu baronowej Krzeszowskiej, po prostu kompromituje mnie...
- Jak on pana kompromituje? - zapytał Szlangbaum otwierając oczy.
- On bywa u tych studentów, których okno wychodzi na podwórze. A oni, panie, zaglądają w moje okna, strzelają do mnie grochem, a jeżeli zbierze się kilka osób, wrzeszczą, że u mnie jest szulernia!...
- Pan Klejn już nie będzie u mnie służył od lipca - odparł Szlangbaum. - Więc niech pan rozmówi się z panem Rzeckim, oni znają się dawniej.
Maruszewicz z kolei wpadł na mnie i znowu opowiedział historię studentów, którzy nazywają go szulerem albo kompromitują damy bywającc u niego.
"Porządne damy!" - pomyślałem, głośno zaś odparłem:
- Pan Klejn cały dzień siedzi w sklepie, więc nie może odpowiadać za swoich sąsiadów.
- Tak, ale pan Klejn ma z nimi jakieś konszachty, namówił ich, ażeby znowu sprowadzili się do kamienicy, bywa u nich, przyjmuje ich u siebie.
- Młody chłopak - odparłem - woli przestawać z młodymi.