Bodaj czy ja nie stałem się taką rybą wyciąganą z wody; w sklepie już rozpanoszył się Szlangbaum i ażeby zamanifestować swoją władzę, wypędził szwajcara i inkasenta za to tylko, że nie okazywali mu dosyć szacunku.
Kiedy prosiłem za biedakami, odparł z gniewem:
- Patrz pan, jak oni mnie traktują, a jak Wokulskiego!... Jemu nie kłaniali się tak nisko, ale w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu było widać, żeby za nim poszli w ogień...
- Więc i pan, panie Szlangbaumie, chcesz, ażeby za tobą szli w ogień? - spytałem.
- Naturalnie. Przecie jedzą mój chleb, mają u mnie zarobki! ja im płacę pensję...
Myślałem, że Lisiecki, który posiniał słuchając tych bredni, palnie go w ucho. Pohamował się jednak i tylko spytał:
- A czy wiesz pan, dlaczego my za Wokulskim poszlibyśmy w ogień?...
- Bo on ma więcej pieniędzy - odparł Szlangbaum.
- Nie, panie. Bo on ma to, czego pan nie masz i mieć nie będziesz - rzekł Lisiecki bijąc się w piersi.
Szlangbaum zaczerwienił się jak upiór.
- Co to jest?... - zawołał. - Czego ja nie mam?... My nie możemy razem pracować, panie Lisiecki... pan obrażasz moje obrządki religijne.:.
Schwyciłem Lisieckiego za rękę i odciągnąłem za szafy. Śmieli się
wszyscy panowie z tej obrazy Szlangbauma... Tylko Zięba (on jeden zostaje przy sklepie) zaperzył się i zawołał:
- Pryncypał ma rację... nie można drwić z wyznania, bo wyznanie to święta rzecz!... Gdzież wolność sumienia?... gdzie postęp?... cywilizacja?... emancypacja?...
- Lizus bestia - mruknął Klejn, a potem rzekł mi do ucha: