Zainstalowawszy się na górze, gdzie mu jeszcze musiano zanieść łóżko, stół, parę krzeseł i miednicę z dzbankiem wody, pan Leon ubrał się we frak, biały krawat, świeżą koszulę (trochę ciasną na niego), wrócił do pani baronowej i poważnie zasiadł w przedpokoju.
- Za pół godziny - rzekł do Marianny spoglądając na złoty zegarek - jaśnie pan powinien być, bo co dzień sypia od godziny czwartej do piątej. - Cóż, nudno tu pannie? - dodał. - No, ale ja pannę rozruszam...
- Marianno!... Mlarianno, chodź tutaj!... - zawołała ze swego pokoju baronowa.
- Cóż panna zaraz tak lecisz? - zapytał Leon. - Ucieknie starej interes czy co?... Niech trochę poczeka...
- Kiedy boję się, bo strasznie zła - szepnęła Marianna wydzierając mu się z rąk.
- Zła, boś ją sama panna zepsuła. Im tylko pozwolić, toby zaraz człowiekowi kołki na łbie ciosali... Z baronem będziesz panna miała lżej, bo to koneser... Ale ubrać się panna musisz inaczej, nie tak po tercjarsku. My nie lubimy zakonnic.
- Marysia!... Marysia!...
- No, to idź już panna, tylko powoli - upominał ją Leon.
Wbrew przewidywaniom Leona baron przybył do swej małżonki nie o czwartej, ale dopiero około piątej.
Był ubrany w nowy tużurek i świeży kapelusz, w ręku trzymał laseczkę ze srebrną końską nogą. Miał minę spokojną, ale pod tymi pozorami wierny sługa dostrzegł mocne wzruszenie. Już w przedpokoju binokle dwa razy spadły baronowi, a lewa powieka drgała mu bez porównania częściej aniżeli przed pojedynkiem albo nawet przy sztosie.
- Zamelduj mnie pani baronowej - rzekł pan Krzeszowski nieco przytłumionym głosem.
Leon otworzył drzwi salonu i prawie groźnie zawołał:
- Jaśnie pan!...
A gdy baron wszedł, zamknął za nim drzwi, odprawił Mariannę, która przybiegła z kuchni, i - sam zaczął podsłuchiwać.
Pani baronowa, siedząca z książką na kanapie, na widok męża powstała. Gdy baron złożył jej głęboki ukłon, chciała odkłonić się, ale znowu upadła na kanapę.