- Otóż to!... Cała rzecz w tym, ażeby pani Stawka nie opierała się...
- Zacny panie Rzecki! - zawołała starowina. - Ależ ona, przysięgnę, już dziś kocha się, biedactwo, w Wokulskim... Humor jej się zepsuł, po nocach nie sypia, tylko wzdycha, mizernieje kobiecisko, a kiedyście tu byli wczoraj, cóż się z nią działo... Ja, matka, poznać jej nie mogłam...
- Więc - basta!... - przerwałem. - Moja głowa w tym, ażeby Wokulski bywał tu jak najczęściej, a pani... niech dobrze usposabia panią Helenę. Wyrwiemy Stacha z rąk tej panny Łęckiej i... bodaj przed świętym Janem wesele...
- Bój się Boga, ależ Ludwiczek?...
Umarł, umarł... - mówię. - Głowę sobie dam uciąć, że już nie żyje...
- Ha, w takim razie wola boska..
- Tylko... proszę panią o sekret. To gruba gra.
- Za kogóż to mnie masz, panie Rzecki? - obraziła się staruszka. - Tu... tu... - dodała stukając się w piersi - tu każda tajemnica leży jak w grobie. A tym więcej tajemnica mego dziecka i tego szlachetnego człowieka:
Oboje byliśmy głęboko wzruszeni.
- Cóż - rzekłem po chwili, zabierając się do wyjścia - cóż, czy przypuściłby kto, że taka drobna rzecz jak lalka może przyczynić się do uszczęśliwienia. dwojga ludzi?
- Jak to lalka?
- No, jakże?... Gdyby pani Stawka nie kupiła u nas lalki, nie byłoby procesu, Stach nie wzruszyłby się losem pani Heleny, pani Helena nie pokochałaby go, a więc i nie pobraliby się... Bo, ściśle rzeczy biorąc, jeżeli w Stachu zbudziło się jakieś gorętsze uczucie dla pani Stawskiej, to dopiero od owego procesu.
- Zbudziło się, powiadasz pan?...
- Bah! Czy to pani nie widziała, jak wczoraj szeptali na tej kanapie?... Wokulski dawno już nie był tak ożywiony, nawet wzruszony jak wczoraj...
- Bóg cię zesłał, kochany panie Rzecki! - zawołała staruszka i na pożegnanie pocałowała mnie w głowę.