- Ja jestem kupcem, panie Jumart - odpowiedział Wokulski, niemile draśnięty wykładem powyższej teorii.
- Wiem o tym. I jeszcze jest pan przyjacielem pana Siuzę, co także daje pewien procent. Nie do pana zresztą stosowały się moje uwagi; wypowiedziałem je jako odczyt, który mam nadzieję, opłaci mi się.
- JesteÅ› pan filozofem - mruknÄ…Å‚ Wokulski.
- Nawet doktorem filozofii dwu uniwersytetów - odparł Jumart.
- I spełniasz pan rolę...
- Służącego?... chciałeś pan powiedzieć - przerwał śmiejąc się Jumart. - Pracuję, panie, aby żyć i zabezpieczyć sobie rentę na starość. A o tytuł nie dbam: tyle ich już miałem!... Świat podobny jest do amatorskiego teatru: więc nieprzyzwoicie jest pchać się w nim do ról pierwszych, a odrzucać podrzędne. Wreszcie, każda rola jest dobra, byle grać ją z artyzmem i nie brać jej zbyt poważnie.
Wokulski poruszył się. Jumart wstał z krzesła i ukłoniwszy się elegancko, rzekł:
- Polecam panu moje usługi. Następnie wyszedł z salonu.
"Mam gorączkę czy co?... - szepnął Wokulski ściskając głowę rękoma. - Wiedziałem, że Paryż jest dziwny, ale żeby był aż tak dziwny..."
Kiedy Wokulski spojrzał na zegarek, było dopiero wpół do czwartej.
"Przeszło cztery godziny do sesji" - mruknął czując, że ogarnia go trwoga na myśl: co robić z czasem? Widział tyle nowych rzeczy, rozmawiał z tyloma nowymi ludźmi i jest dopiero wpół do czwartej!...
Trapił go nieokreślony niepokój, czuł brak czegoś... "Może by znowu co zjeść? - nie. Może czytać? - nie. Może rozmawiać? - już mam dosyć tej rozmowy..." Ludzie obrzydli mu; najmniej wstrętnymi byli ci chorzy na manię wynalazków i ten Jumart ze swoją klasyfikacją człowieczego gatunku.
Nie miał odwagi wracać do swego numeru z wielkim lustrem; cóż mu więc postało, jeżeli nie oglądanie paryskich osobliwości. Kazał zaprowadzić się do sali jadalnej Grand Hôtel. Wszystko tu pyszne i ogromne, począwszy od ścian, sufitu i okien, skończywszy na liczbie i długości stołów. Ale Wokulski nie przypatrywał się; utkwił oczy w jednym z olbrzymich złoconych pająków i myślał:
"Kiedy ona dosięgnie wieku baronowej... ona, przywykła do wydawania dziesiątków tysięcy rubli rocznie, kto wie, czy nie pójdzie też drogami baronowej?... Przecie i ta kobieta była młodą, i za nią mógł szaleć taki wariat jak ja, i ona nie pytała, skąd się biorą pieniądze... Dziś już wie skąd: z handlu tajemnicami... Przeklęta sfera, która hoduje takie piękne i takie kobiety..."
W sali było mu ciasno, więc wybiegł przed hotel utopić się w ulicznym gwarze.