- Omylił się pan - odparł Wokulski. - Jestem kupcem galanteryjnym i karabiny nic mnie nie obchodzą.
-Mówiono mi jednak... poufnie... - rzekł z naciskiem Escabeau - że panowie...
- Źle pana poinformowano. - Ach, w takim razie przepraszam... To może być pod innym numerem... - mówił gość cofając się i kłaniając.
Nowy występ błękitnego fraka i białych spodni i nowy gość; tym razem mały, szczupły, czarny, z niespokojnym wejrzeniem. Ten prawie przybiegł do stołu, padł na krzesło, obejrzał się na drzwi i przysunąwszy się do Wokulskiego zaczął przyciszonym głosem:
- Pewnie dziwi to pana, ale... rzecz jest ważna... zbyt ważna...W tych dniach zrobiłem olbrzymie odkrycie co do rulety... Trzeba tylko sześć do siedmiu razy dublować stawkę...
- Wybaczy pan, ale ja się tym nie zajmuję - przerwał mu Wokulski:
- Nie ufa mi pan?... To całkiem naturalne... Ale mam właśnie przy sobie małą ruletę... Możemy spróbować...
- Przepraszam pana, w tej chwili nie mam czasu.
- Trzy minuty, panie... minutkę... - Ani pół minuty.
- Więc kiedyż mam przyjść? - pytał gość z miną bardzo zdesperowaną.
- W każdym razie nieprędko.
- Niechże mi pan przynajmniej pożyczy sto franków na oficjalne próby...
- Mogę służyć pięcioma - odparł Wokulski sięgając do kieszeni.
- O nie, panie, dziękuję... Nie jestem awanturnikiem... Zresztą...niech pan da... jutro odniosę... Pan może się tymczasem namyśli...
Następny gość, człowiek okazałej tuszy, ze sznurem miniaturowych orderów na klapie surduta, proponował Wokulskiemu: dyplom doktora filozofii, order lub tytuł, i wydawał się bardzo zdziwionym, gdy propozycji nie przyjęto. Odszedł, nawet nie pożegnawszy się.