- Idź do domu, a jutro bądź w sklepie - odparł Wokulski.
- Idę, panie - odpowiedział człowiek kłaniając się do ziemi.
Odszedł, lecz przystawał na drodze; widocznie rozmyślał nad niespodziewanym szezęściem.
W tej chwili Wokulskiego tknęło szczególne przeczucie.
- Wysocki!... - zawołał. - A twemu bratu jak na imię?
- Kasper - odpowiedział człowiek wracając pędem.
- Przy jakiej mieszka stacji?
- Przy Częstochowie, panie.
- Idź do domu. Może Kaspra przeniosą do Skierniewic.
Ale ten zamiast iść, zbliżył się.
- Przepraszam, wielmożny panie - rzekł nieśmiało - ale jak mnie kto zaczepi: skąd, mam tyle pieniędzy?...
- Powiedz, że na rachunek wziąłeś ode mnie.
- Rozumiem, panie... Bóg... niech Bóg...
Ale Wokulski już nie słuchał; szedł w stronę Wisły myśląc:
Jakże oni szczęśliwi, ci wszyscy, w których tylko głód wywołuje apatię, a jedynym cierpieniem jest zimno. I jak łatwo ich uszczęśliwić!.. Nawet moim skromnym majątkiem mógłbym wydźwignąć parę tysięcy rodzin. Nieprawdopodobne, a przecież - tak jest."