- Wyjeżdżam do Bułgarii.
- Po co?
- Zostanę wojskowym dostawcą. ˇMuszę zrobić duży majątek!... - odparł Wokulski.
- Albo?...
- Albo... nie wrócę.
Doktór popatrzył mu w oczy i mocno ścisnął go za rękę.
- Sit tibi terra levis - rzekł spokojnie. Odprowadził go do drzwi i znowu wziął się do swojej roboty.
Już Wokulski był na schodach, gdy doktór wybiegł za nim i zawołał wychylając się przez poręcz:
- Gdybyś jednak wrócił, nie zapomnij przywieźć mi włosów: bułgarskich, tureckich i tak dalej, od obu płci. Tylko pamiętaj: w oddzielnych pakietach z notatkami. Wiesz przecie, jak to robić...
...Wokulski ocknął się z tych dawnych wspomnień. Nie ma doktora ani jego mieszkania i nawet ich od dziesięciu miesięcy nie widział. Tu jest błotnista ulica Radna, tam Browarna. Na górze spoza nagich drzew wyglądają żółte gmachy uniwersyteckie; na dole parterowe domki, puste place i parkany, a niżej - Wisła.
Obok niego stał jakiś człowiek w wypłowiałej kapocie z rudawym zarostem. Zdjął czapkę i pocałował Wokulskiego w rękę. Wokulski przypatrzył mu się uważniej.
- Wysocki?... - rzekł - Co ty tu robisz?
- Tu mieszkamy, wielmożny panie, w tym domu - odpowiedział człowiek wskazując na niską lepiankę.
- Dlaczego nie przyjeżdżasz po transporta? - pytał Wokulski.
- Czym przyjadę, panie, kiedy jeszcze na Nowy Rok koń mi padł.