- Mamo!... przecież ci panowie są obcy... - zawołała z desperacją pani Stawska.
- Ja obcy?... - spytał rządca tonem wymówki; ale powstał z krzesełka i ukłonił się.
- I pan nie jesteś obcy, i ten pan - rzekła staruszka wskazując na mnie. - To musi być uczciwy człowiek...
Teraz ja ukłoniłem się.
- Więc mówię panu - ciągnęła staruszka, bystro patrząc mi w oczy - żyjemy w ciągłej niepewności co do mego zięcia i niepewność ta zatruwa nam spokój. Ale ja, wyznam szczerze, więcej boję się jego powrotu...
Pani Stawska zasłoniła twarz chustką i wybiegła do swego pokoju.
- Płacz sobie, płacz... - mówiła grożąc za nią rozdrażniona staruszka. - Takie łzy, chociaż bolesne, lepsze są od tych, które co dzień wylewasz...
- Panie - zwróciła się do mnie - przyjmę wszystko, co nam Bóg zeszle, ale czuję, że gdyby ten człowiek wrócił, zabiłby do reszty szczęście mojego dziecka. Przysięgnę - dodała ciszej - że ona go już nie kocha, choć sama nie wie o tym, ale jestem pewna, że... pojechałaby do niego, gdyby ją wezwał!...
Tłumione łkanie przerwało jej mowę. Spojrzeliśmy po sobie z Wirskimi pożegnaliśmy sędziwą damę.
- Pani - rzekłem na odchodnym - nim rok upłynie, przyniosę wiadomość o jej zięciu. A może - szepnąłem z mimowolnym uśmiechem - sprawy ułożą się tak, że... wszyscy będziemy zadowoleni...Wszyscy... nawet ci, których tu nie ma!...
Staruszka spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, alem nic nie odpowiedział. Jeszcze raz pożegnałem ją i wyszliśmy obaj z rządcą nie dopytując się już o panią Stawską.
- A niechże pan zagląda do nas choćby co wieczór!... - zawołała sędziwa dama, gdy już byliśmy w kuchni. Naturalnie, że będę zaglądał... Czy uda mi się moja kombinacja ze Stachem? Bóg raczy wiedzieć. Tam gdzie serce wchodzi w grę, na nic wszelkie rachuby. Ale spróbuję rozwiązać ręce kobiecie, a i to coś znaczy.
Po opuszczeniu mieszkania pani Stawskiej i jej matki rozeszliśmy się z rządcą domu, bardzo z siebie zadowoleni. To jakiś dobry człeczyna. Ale kiedy wróciwszy do siebie zastanowiłem się nad skutkami mego przeglądu lokatorów, ażem się schwycił za głowę.
Miałem uregulować finanse kamienicy i otóż uregulowałem je tak, że na pewno dochód zmniejszył się o trzysta rubli rocznie. Hal może tym rychlej Stach opatrzy się i sprzeda swój nabytek, który wcale nie był mu potrzebny.
Ir wciąż mi niedomaga. Polityka stoi w jednej mierze: ciągła niepewność...