Uśmiechnął się.
- Zapewne od czasu - odparł - kiedy to dentysta źle wyrwał mi ząb, i w dodatku zdrowy...
- Dziwnie mi wygląda to twoje wybieranie się w drogę - rzekłem. - Może masz mi co powiedzieć?...
- Powiedzieć?... Ach, prawda... W banku mamy około stu dwudziestu tysięcy rubli, więc pieniędzy wam nie zabraknie... Dalej... Cóż dalej?.. - pytał sam siebie. - Aha!... Nie rób już sekretu, że ja kupiłem kamienicę Łęckich. Owszem, zajdź tam i ponaznaczaj komorne według dawnych cen. Pani Krzeszowskiej możesz podnieść jakieś kilkanaście rubli, niech się trochę zirytuje; ale biedaków nie duś... Mieszka tam jakiś szewc, jacyś studenci; bierz od nich, ile dadzą, byle płacili regularnie.
Spojrzał na zegarek, a widząc, że ma jeszcze czas, położył się na szezlongu i leżał milcząc, z rękoma nad głową i przymkniętymi oczyma. Widok ten był nad wszelki wyraz żałosny. Usiadłem mu przy nogach i rzekłem:
- Tobie coś jest, Stachu?... Powiedz, co ci jest. Z gry wiem, że nie pomogę, ale widzisz... Zgryzota jest jak trucizna: dobrze ją wypluć...
Stasiek znowu uśmiechnął się (jak ja nie lubię tych jego półuśmiechów) i po chwili odparł:
- Pamiętam (dawne to dzieje!), siedziałem w jednej izbie z jakimś frantem, który był dziwnie szczery. Opowiadał mi niestworzone rzeczy o swojej rodzinie, o swoich stosunkach, o swoich wielkich czynach, a potem - bardzo uważnie słuchał moich dziejów. No - i dobrze z nich skorzystał...
- Cóż to znaczy?.. - spytałem.
- To znaczy, mój stary, że ponieważ ja nic chcę z ciebie wydobywać żadnych zeznań, więc i przed tobą nie mam potrzeby ich robić.
- Jak to - zawołałem - w taki sposób traktujesz zwierzenie się przed przyjacielem?
- Daj spokój - rzekł podnosząc się z kanapy. - To może dobre, ale dla pensjonarek... Ja zresztą nie mam z czego zwierzać się nawet przed tobą. Jakim ja znużony!... - mruknął przeciągając się.
Teraz dopiero wszedł ten łajdak lokaj: wziął walizę Stacha i dał znać, że konie stoją przed domem. Siedliśmy do powozu, Stach i ja, ale przez drogę do kolei nie zamieniliśmy ani wyrazu. On patrzył na gwiazdy świszcząc przez zęby, a ja myślałem, że jadę - chyba na pogrzeb.
Na dworcu Kolei Wiedeńskiej złapał nas doktór Szuman.
- Jedziesz do Paryża? - zapytał Stacha.