Wchodzę na górę. Drzwi do mieszkania nie zamknięte, a sam Stach przy świetle lampy pakuje walizkę. Coś mnie tknęło.
- Cóż to znaczy? - pytam.
- Jadę dziś do Paryża - odpowiedział.
- Wczoraj mówiłeś, że jeszcze nie tak prędko pojedziesz?...
- Ach, wczoraj... - odparł.
Cofnął się od walizki i pomyślał chwilę; potem dodał szczególnym tonem:
- Jeszcze wczoraj... myliłem się...
Wyrazy te zastanowiły mnie w przykry sposób. Spojrzałem na Stacha z uwagą i ogarnęło mnie zdziwienie. Nigdy bym nie sądził, ażeby człowiek niby to zdrów, a w każdym razie nie raniony, mógł zmienić się tak w przeciągu kilku godzin. Pobladł, oczy zapadły, prawic zdziczał...
- Skądże ta nagła zmiana... projektu? - spytałem czując, że nie o to pytam, co bym chciał wiedzieć.
- Mój kochany - odparł - alboż ty nie wiesz, że nieraz jedno słowo zmienia projekta, nawet ludzi... A nie dopiero cała rozmowa! -dodał szeptem.
Wciąż pakując i zbierając różne graty wyszedł do sali. Upłynęła minuta - nie wracał; dwie... nie wraca... Spojrzałem przez uchylone drzwi zobaczyłem, że stoi oparty o poręcz krzesła patrząc bezmyślnie w okno.
- Stachu... Ocknął się - i znowu powrócił do pakowania zapytując:
- Czego chcesz?
- Tobie coÅ› jest.
- Nic. - Już dawno nie widziałem cię takim.