- I ile byś też chciał odstępnego, panie Wokulski?... Nic. Oddam go panu za dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet... może taniej...
Pan Tomasz cofnął się, rozłożył ręce, następnie padł na swój wielki fotel i znowu kilka łez spłynęło mu po twarzy.
- Doprawdy, panie Stanisławie - mówił, lekko łkając - widzę, że najlepsze stosunki... mogą zepsuć pieniądze... Czy ja mam ci za złe, żeś kupił ten dom?... Czy ja robię ci wyrzuty?... Ty zaś przemawiasz do mnie tak, jakbyś się obraził.
- Przepraszam pana - przerwał Wokulski. - Ale istotnie jestem trochę rozdrażniony... zapewne z gorąca...
- O, z pewnością! - zawołał pan Tomasz powstając z fotelu i ściskając go za rękę. - Więc... przebaczmy sobie nawzajem cierpkie słówka... Ja się na ciebie nie gniewam, bo wiem... co to jest upał...
Wokulski pożegnał go i wstąpił do salonu. Starskiego już tam nie było, panna Izabela siedziała sama. Zobaczywszy go podniosła się; twarz jej była pogodniejsza.
- Pan wychodzi? - Właśnie chcę panią pożegnać.
- A o Rossim nie zapomni pan? - rzekła ze słabym uśmiechem.
- O, nie. Poproszę, ażeby mu oddano wieniec.
- Pan sam go nie wręczy?... Dlaczegóż to?... - Dziś w nocy jadę do Paryża - odpowiedział Wokulski.
Ukłonił się i wyszedł.
Przez chwilę panna Izabela stała zdumiona; następnie pobiegła do pokoju ojca.
- Co to znaczy, papo? Wokulski pożegnał się ze mną bardzo chłodno i powiedział, że - dziś w nocy wyjeżdża do Paryża.
- Co?... co?... co?... - zawołał pan Tomasz chwytając się oburącz za głowę. - On z pewnością obraził się...
- Ach... prawda!... Wspomniałam mu o kupnie naszej kamienicy...