- Naturalnie.
- Bardzo ci jestem wdzięczny. Cóż to jednak za fatalność, że właśnie w chwili, kiedy mamy z Belcią i... z tobą jechać do Paryża, Żydzi wydzierają mi dwa tysiące! Rozumie się, z Paryża nic. - Dlaczego? - rzekł Wokulski. - Ja pokryję należność, a pan nie potrzebuje naruszać swego procentu. Śmiało możecie państwo jechać do Paryża.
- Nieoceniony!... - zawołał pan Tomasz rzucając mu się w objęcia. Bo widzisz, mój drogi - dodał uspokoiwszy się - ja właśnie myślałem, czybyś nie mógł mi zaciągnąć gdzie pożyczki dla spłacenia żydowskich długów, tak... na... siedem, sześć procent.
Wokulski uśmiechnął się z finansowej naiwności pana Tomasza.
- Owszem - rzekł nie mogąc pohamować dobrego humoru - będzie pan miał pożyczkę. Tym Żydom oddamy jakieś trzy tysiące rubli, a pan będzie płacił procentu... Ileż pan chce?
- Siedem... sześć...
- Dobrze - mówił Wokulski - pan będzie płacił sto osiemdziesiąt rubli procentu, a kapitał zostanie nienaruszony.
Pan Tomasz, po raz już niewiadomo który, zaczął mrugać powiekami i znowu ukazały się łzy.
- Zacny... szlachetny!... - mówił ściskając Wokulskiego. - Bóg cię zesłał...
- Sądzi pan, że mogę robić inaczej?... - szepnął Wokulski. Zapukano.
Wszedł Mikołaj i oznajmił lekarzy.
- Aha!... - zawołał pan Tomasz - to siostra przysyła mi tych panów. Mój Boże! nigdy się jeszcze nie leczyłem, a dziś... Proszę cię, panie Stanisławie, idź teraz do Beli... Mikołaj, zamelduj pana Wokulskiego panience.
Oto jest moja nagroda... Moje życie!..." - pomyślał Wokulski idąc do Mikołajem.
W przedpokoju spotkał lekarzy, obu znajomych sobie, i gorąco polecił pana Tomasza ich opiece. W salonie czekała go panna Izabela. Była trochę blada, ale tym piękniejsza. Przywitał ją i rzekł wesoło:
- Bardzo jestem szczęśliwy, że podobał się pani wieniec dla Rossiego.

NR: WQBJVPM WQGPXXM WQGXJGM WQKYXYM WQKKQBM