- Właśnie panna hrabianka wczoraj dała słowo, że będziemy dziś spłaceni wszyscy, i co do grosza...
- Będziecie - przerwał Wokulski. - Jestem pełnomocnikiem pana Łęckiego i dziś, o szóstej, załatwię z wami rachunki w moim kantorze.
- Nic nagłego... Po co się wielmożny pan ma tak śpieszyć... - odparł Szpigelman.
- Proszę przyjść o szóstej do mnie, a Mikołaj niechaj tu żadnych interesantów nie przyjmuje, kiedy pan chory.
- Rozumiem, wielmożny panie!... A nasz pan czeka w pokoju sypialnym - odparł Mikołaj.
Gdy zaś Wokulski odszedł, powypychał Żydów za drzwi mówiąc: - Poszły parchy!... Won!...
- Ny!... ny!... co się pan tak gniewa?... - mruczeli bardzo zmieszani Żydkowie.
Pan Tomasz przywitał Wokulskiego ze wzruszeniem; trochę drżały mu ręce i trzęsła się głowa.
- No, patrz - mówił - co wyrabiają ci Żydzi, te... te gałgany!... Nachodzą dom... przestraszają mi córkę....
- Kazałem im przyjść o szóstej do mego kantoru i jeżeli pan pozwoli, ureguluję rachunki. Duża to suma?... - zapytał Wokulski.
- Drobiazg, prawie nic... Jakieś pięć do sześciu tysięcy rubli...
- Pięć do sześciu?... - powtórzył Wokulski. - Oni trzej tyle mają u pana?...
- Nie. Im jestem winien ze dwa tysiące, może trochę więcej... Ale, powiadam ci, panie Stanisławie (bo to cała awantura!), ktoś w marcu wykupił moje dawniejsze weksle. Kto? nie wiem; jednakże, na wszelki wypadek, chcę być przygotowany. Wokulskiemu wyjaśniła się twarz.
- Niech pan spłaca długi - odparł - w miarę zgłaszania się wierzycieli. Dziś zepchniemy tych, którzy mają późniejsze weksle. Więc to wyniesie dwa do trzech tysięcy?...
- Tak, tak... No, ale proszę cię, panie Stanisławie, co za fatalność!...Ty wypłacasz mi za pół roku pięć tysięcy... Czy byłeś łaskaw przynieść pieniądze?