- Tak - rzekła - papo ma rację. Nie umiałam tylko zdać sobie z tego sprawy. Takie podstawienie Żydów przy kupnie najjaśniej dowodzi, że ten pan bawiąc się w przyjaźń robi interesa...
- Naturalnie! - potwierdził pan Tomasz. - Czyliżbyś nie miała rozumieć tak prostej rzeczy. Niezły to może człowiek, ale zawsze kupiec... kupiec!...
W przedpokoju rozległo się mocne dzwonienie.
- To pewnie on. Wyjdę, papo, i zostawię panów samych.
Opuściła sypialnię ojca, lecz w przedpokoju, zamiast Wokulskiego, zobaczyła aż trzech Żydów, głośno rozprawiających z Mikołajem i panną Florentyną. Uciekła do sali i przez myśl przebiegły jej wyrazy:
Boże!... dlaczego on nie przychodzi..."
W sercu jej kipiała burza uczuć. Panna Izabela potakując zdaniom ojca rozumiała jednak, że to nieprawda, co on mówi, że Wokulski nie zrobił na kamienicy interesu, ale stracił, i tylko dlatego, ażeby ich wydźwignąć z najfatalniejszej pozycji. Lecz przyznając to, czuła nienawiść: Podły! podły!... - szeptała. - Jak on śmiał..."
Tymczasem w przedpokoju Żydzi rozpoczęli formalną kłótnię z panną Florentyną. Oświadczyli, że nie ruszą się, dopóki nie dostaną pieniędzy, że panna hrabianka dała wczoraj słowo... A gdy Mikołaj otworzył im drzwi do sieni, poczęli mu wymyślać:
- To jest rozbój!... to oszustwo!... Pieniądze państwo umieją brać i wtedy umieją gadać: mój kochany panie Dawid!... Ale jak przyjdzie...
- A to co znaczy? - odezwał się w tej chwili nowy głos.
Żydzi umilkli.
- Co to jest?... Co pan tu robisz, panie Szpigelman?..
Panna Izabela poznała głos Wokulskiego.
- Ja, nic... Padam do nóg wielmożnego pana... My tylko za interesem do pana hrabi... - tłumaczył się; zupełnie innym tonem, przed chwilą hałaśliwy Szpigelman.
- Kazali nam państwo dziś przyjść po pieniądze... - wtrącił inny Żyd.