Ten stan chroniczny, męczący nad wszelki wyraz, lada okoliczność rozdmuchiwała w burzę. Drzewo znajomej formy, jakiś obdarty pagórek, kolor obłoku, przelot ptaka, nawet powiew wiatru bez żadnego zresztą powodu budził we mnie tak szaloną rozpacz, że uciekałem od ludzi. Szukałem ustroni tak pustej, gdzie bym mógł upaść na ziemię i nie podsłuchany przez nikogo, wyć z bólu jak pies.
Czasami w tej ucieczce przed samym sobą doganiała mnie noc. Wtedy spoza krzaków, zwalonych pni i rozpadlin wychodziły naprzeciw mnie jakieś szare cienie i smutnie kiwały głowami o wybladłych oczach. A wszystkie szelesty liści, daleki turkot wozów, szmery wód zlewały się w jeden głos żałosny, który mnie pytał: Przechodniu nasz, ach! co się z tobą stało ?..."
Ach, co się ze mną stało...
- Nic nie rozumiem - przerwał Ignacy. - Cóż to za szał ?
- Co?... Tęsknota.
- Za czym ?
Wokulski drgnÄ…Å‚.
- Za czym? No... za wszystkim... za krajem...
- Dlaczegożeś nie wracał ?
- A cóż by mi dał powrót ?... Zresztą - nie mogłem.
- Nie mogłeś? - powtórzył Ignacy.
- Nie mogłem... i basta! Nie miałem po co wracać - odparł niecierpliwie Wokulski. - Umrzeć tu czy tam, wszystko jedno... Daj mi wina - zakończył nagle, wyciągając rękę.
Rzecki spojrzał w jego rozgorączkowaną twarz i odsunął butelkę.
- Daj pokój - rzekł - już i tak jesteś rozdrażniony...
- Dlatego chcę pić...