Pan Łęcki wydobywa wspaniały pugilares, z niego cały pęk szeleszczących dziesięciorublówek i jedną z nich daje zakrystianowi, który schyla się do ziemi.
- Zobaczy jaśnie wielmożny pan... - szepcze zakrystian.
Obok pana Ignacego stoi dwóch Żydów: jeden wysoki, śniady, z brodą tak czarną, że wpada w kolor granatowy, drugi łysy, z tak długimi faworytkami, że walają mu klapy surduta. Dżentelmen z faworytami na widok dziesięciorublówek pana Łęckiego uśmiecha się i mówi półgłosem do pięknego bruneta:
- Pan wydzysz te pyniądze u ten szlachcic... Pan słyszysz, jak ony klaskają?... Ony tak czeszą szę, że mnie widzą... Pan to rozumysz, panie Cynader?..
- Łęcki jest pański klient? - pyta piękny brunet.
- Dlaczego on nie ma bycz mój?
- Co on ma? - mówi brunet.
- On ma... on ma - szostre w Krakowie, która, rozumysz pan, zapysała dla jego córki...
- A jeżeli ona nic nie zapisała?...
Dżentelmen z faworytami na chwilę tropi się.
- Tylko mi pan nie mów takie głupie gadanie!... Dlaczego szostra z Krakowa nie ma im zapysać, kiedy ona jest chora?..
- Ja nic nie wiem - odpowiada piękny brunet. (Pan Ignacy przyznaje w duchu, że tak pięknego mężczyzny nigdy jeszcze nie widział.)
- Ale on ma córkę, panie Cynader... - mówi niespokojnie właściciel bujnych faworytów. - Pan zna jego córkę, tę pannę Izabelę, panie Cynader?... Ja sam dałbym jej, no bez targu, sto rubli... - Ja bym dał sto pięćdziesiąt - mówi piękny brunet - ale swoją drogą Łęcki to niepewny interes. - Niepewny?... A pan Wokulski to co?...
- Pan Wokulski, no... to jest wielki interes - odpowiada brunet. - Ale ona jest głupia i Łęcki jest głupi, i oni wszyscy są głupi. I oni zgubią tego Wokulskiego, a on im nie da rady...
Panu Ignacemu pociemniało w oczach.