- Błagam pana, nie odchodź... No... dam panu wszystko, co zechcesz...
- Tylko, pani baronowo, bez żadnych pogróżek! - odpowiada adwokat.
- Ja przecież nie grożę, ale nie opuszczaj mnie pan!... - deklamuje z prawdziwym uczuciem baronowa.
- Przyjdę na licytację, ależ teraz muszę iść do mego zabójcy...
- Tak!... więc nędzny morderca więcej budzi w panu współczucia aniżeli opuszczona kobieta, której mienie, honor, spokój....
Nagabany adwokat ucieka tak szybko, że jego spodnie wydają się jeszcze bardziej wytłoczonymi na kolanach, aniżeli są w istocie. Baronowa chce za nim biec, lecz w tej chwili pada w objęcia jakiegoś jegomości, który używa bardzo szafirowych okularów i ma fizjognomię zakrystiana.
- O co pani chodzi, droga pani? - mówi słodko jegomość w szafirowych okularach. - Żaden adwokat nie podbije pani ceny domu... to ja jezdem od tego... Desz pani jeden procent od każdego tysiąca rubli wyżej nad sumę początkową i dwadzieścia rubelków na koszta... Baronowa Krzeszowska odskakuje od niego i wygiąwszy się w tył jak artystka grająca tragiczną rolę odpowiada mu jednym tylko wyrazem:
- Szatanie!...
Jegomość w okularach poznaje, że źle trafił, i cofa się skonsternowany. Jednocześnie zabiega mu drogę inny jegomość, mający minę skończonego łajdaka, i coś mu szepcze przez kilka minut z bardzo ożywioną gestykulacją. Pan Ignacy jest pewny, że ci dwaj panowie pobiją się; oni jednak rozchodzą się bardzo spokojnie, a jegomość z miną łajdaka zbliża się do baronowej Krzeszowskiej i mówi półgłosem:
- Jeżeli pani baronowa coś zaryzykuje, możemy nie dopuścić nawet do siedemdziesięciu tysięcy rubli.
- Zbawco!.. - woła baronowa. - Widzisz przed sobą kobietę skrzywdzoną i osamotnioną, której mienie, honor i spokój...
- Co mi tam honor - mówi jegomość z łajdacką fizjognomią. - Da pani dziesięć rubli zadatku? Odchodzą oboje w najdalszy kąt sali i przed oczyma pana Ignacego kryją się za grupą starozakonnych. W tej grupie znajduje się stary Szlangbaum i młody bez zarostu, tak blady i wycieńczony, że pan Ignacy sądzi, iż bardzo niedawno musiał wstąpić w związki małżeńskie. Stary Szlangbaum coś wykłada wycieńczonemu Żydkowi, któremu coraz więcej baranieją oczy; co by mu jednak wykładał? pan Ignacy nie może się domyśleć.
Odwraca się więc w drugą stronę sali i spostrzega o parę kroków od siebie pana Łęckiego z jego adwokatem, który widocznie nudzi się i chciałby gdzieś iść.
- Gdyby choć sto piętnaście... no - sto dziesięć tysięcy!... - mówi pan Łęcki. - Przecież pan adwokat musisz znać jakie sposoby...
- Hum!... hum!... - mówi adwokat, tęsknie spoglądając na drzwi. - Pan żąda zbyt wysokiej ceny... Sto dwadzieścia tysięcy za dom, za który dawano sześćdziesiąt...