Wszyscy odwracają się ode mnie - mówił sobie - nawet Ignacy...Nawet on... Ale ty mi to wynagrodzisz!...' - dodał już na ulicy, patrząc w stronę Alei Ujazdowskiej.
Po wyjściu Wokulskiego ze sklepu Rzecki ostrożnie wypytał się panów", w którym sądzie i o której godzinie odbywają się licytacje domów. Potem uprosił Lisieckiego o zastępstwo na jutro między dziesiątą z rana a drugą po południu i z podwójną gorliwością zabrał się do swoich rachunków. Machinalnie (choć bez błędu) dodawał długie jak Nowy Świat kolumny cyfr, a w przerwach myślał: Dzisiaj zmarnowałem blisko godzinę, jutro zmarnuję z pięć godzin, a wszystko dlatego, że Stach więcej ufa Szlangbaumom aniżeli mnie...Na co jemu kamienica?... Po jakiego diabła wdaje się z tym bankrutem Łęckim?... Skąd mu strzeliło do łba latać na włoski teatr i jeszcze dawać kosztowne prezenta temu przybłędzie Rossiemu?.:."
Nie podnosząc głowy od ksiąg siedział przy kantorku do szóstej, a tak był zatopiony w robocie, że już nie tylko nie przyjmował pieniędzy, ale nawet nie widział i nie słyszał gości, którzy roili się i hałasowali w sklepie jak olbrzymie pszczoły w ulu. Nie spostrzegł też jednego najmniej spodziewanego gościa, którego panowie" witali okrzykami i głośnymi pocałunkami.
Dopiero gdy przybysz stanąwszy nad nim krzyknął mu w ucho:
- Panie Ignacy, to ja!...
Rzecki ocknął się, podniósł głowę, brwi i oczy w górę i zobaczył Mraczewskiego...
- Hę?... - spytał pan Ignacy przypatrując się młodemu elegantowi, który opalił się, zmężniał, a nade wszystko utył.
- No, co... no, co słychać?... - ciągnął pan Ignacy podając mu rękę. - Co z polityki?...
- Nic nowego - odparł Mraczewski. - Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy wezmą Bośnię. - No, no, no... żarty, żarty!... A o małym Napoleonku co słychać?
- Uczy się w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha się w jakiejś aktorce.
- Zaraz kocha się!... - powtórzył drwiąco pan Ignacy. - A do Francji nie wraca?... Jakże się pan miewasz?... Skądeś się tu wziął?...No, gadaj prędko - zawołał Rzecki wesoło, uderzając go w ramię. - Kiedyżeś przyjechał?...
- A to cała historia! - odpowiedział Mraczewski rzucając się na fotel. - Przyjechaliśmy tu dziś z Suzinem o jedynastej... Od pierwszej do trzeciej byliśmy z nim u Wokulskiego, a po trzeciej wpadłem na chwilę do matki i na chwilę do pani Stawskiej:.. Pyszna kobieta, co?...
- Stawska?... Stawska?... - przypominał sobie Rzecki trąc czoło.
- Znasz ją pan przecie. Ta piękna, co to ma córeczkę... Co to się tak podobała panu...
- Ach, ta!... wiem... Nie mnie się podobała - westchnął Rzecki - tylko myślałem, że dobra byłaby z nie; żona dla Stacha...