Klejn lękliwie obejrzał się dokoła sklepu, a widząc, że ich nikt nie śledzi, zaczął szeptać:
- Bo to, uważa pan, nasz stary podobno kupuje dom Łęckiego, który właśnie jutro mają wierzyciele sprzedać przez licytację...
- Stach... to jest... pan Wokulski kupuje dom?
- Tak, tak...- potakiwał Klejn głową. - Ale kupuje nie na własne imię, tylko za pośrednictwem starego Szlangbauma... Tak przynajmniej mówią w domu, bo i ja tam mieszkam.
- Za dziewięćdziesiąt tysięcy rubli?...
- Właśnie. A że baronowa Krzeszowska chciałaby kupić tę kamienicę za siedemdziesiąt tysięcy rubli, więc anonim zapewne pochodzi od niej. Nawet założyłbym się, że od niej, bo to piekielna baba...
Gość, przybyły do sklepu z zamiarem kupienia parasola, oderwał Klejna od Rzeckiego. Panu Ignacemu zaczęty krążyć po głowie bardzo szczególne myśli.
Jeżeli ja - mówił do siebie - przez zmarnowanie jednego wieczora narobiłem tyle zamętu w sklepie, to niby - jakiego zamętu w interesach narobi Stach, który marnuje dziś dnie i tygodnie na teatry włoskie, i zresztą - nawet nie wiem na co?..."
W tej chwili jednak przypomniał sobie, że w sklepie z jego winy zamęt jest niewielki, prawie go nie ma, i że interes handlowy w ogóle idzie świetnie. Nawet co prawda to i sam Wokulski, pomimo dziwnego trybu życia, nie zaniedbuje obowiązków kierownika instytucji.
Ale po co on chce uwięzić dziewięćdziesiąt tysięcy rubli w murach?...Skąd się i tu znowu biorą ci Łęccy?... Czyliżby... Eh! Stasick taki głupi nie jest..."
Swoją drogą niepokoiła go myśl kupna kamienicy. Zapytam się Henryka Szlangbauma" - rzekł wstając od kantorka.
W oddziale tkanin mały, zgarbiony Szlangbaum z czerwonymi oczyma i wyrazem zajadłości na twarzy kręcił się jak zwykle, skacząc po drabince albo nurzając się między sztukami perkalu. Tak już przywykł do swojej gorączkowej roboty, że choć nie było interesantów, on ciągle wydostawał jakąś sztukę, odwijał i zawijał, ażeby następnie umieścić ją na właściwym miejscu. Zobaczywszy pana Ignacego Szlangbaum zawiesił swoją jałową pracę i otarł pot z czoła.
- Ciężko, co?... - rzekł.
- Bo po co pan przekładasz te graty, skoro nie ma gości w sklepie? - odparł Rzecki.
- Bah!... gdybym tego nie robił, zapomniałbym, gdzie co leży...stawy zaśniedziałyby w członkach... Zresztą - jużem przywykł... Pan ma jaki interes do mnie?...