Niech już wielmożny i dobrotliwy pan - pisała - kiedy z łaski Boga ma takie duże fundusze, na mnie grzeszną ich nie wydaje. Bo ja teraz sama sobie poradzę, bylem miała o co ręce zaczepić, a ludzi, co potrzebują gorzej niż ja, nieszczęśliwa, zhańbiona, w Warszawie nie brak..." Wokulskiemu przykro się zrobiło, że podobna prośba kilka dni czekała na odpowiedź. Natychmiast odpisał i zawołał służącego.
- List ten - rzekł - odeślesz rano do magdalenek...
- Żrobi się - odparł służący usiłując zapanować nad ziewaniem.
- Sprowadzisz mi także furmana Wysockiego, tego z Tamki, wiesz?...
- O jeszcze nie miałbym wiedzieć. Ale pan słyszał...
- Tylko żeby mi tu przyszedł z rana...
- O!... czemu nie. Ale pan słyszał, że Oberman zgubił wielkie pieniądze? Był tu z wieczora i przysięgał, że zabiję się albo zrobi sobie co złego, jeżeli pan nie okaże nad nim litości. Ja mówię: Nie bądźcie głupi, nie żabijajcie się, poczekajcie... Nasz stary ma miętkie szercze..."A on gada: Ja se też tak kalkuluję, ale zawsze będzie heca, bo mi choć trochę strącą, a tu syn idzie na medyka, a tu starość chwyta człowieka za poły...
- Proszę cię, idź spać - przerwał mu Wokulski.
- Pójść pójdę - odparł z gniewem służący - ale u pana to taka służba, że gorzej niż w kryminale: nawet szpać nie można iść, kiedy się chce...
Zabrał list i wyszedł.
Na drugi dzień około dziewiątej rano służący obudził Wokulskiego, donosząc mu, że czeka Wysocki.
- Niech no wejdzie. Po chwili wszedł furman. Był przyzwoicie ubrany, miał czerstwą cerę i wesołe spojrzenie. Zbliżył się do łóżka i ucałował Wokulskiemu ręce.
- Mój Wysocki, podobno przy twoim mieszkaniu jest wolny pokój?
- A tak, wielmożny panie, bo mi stryjek umarł, a jego bestie lokatory nie chciały płacić, więcem wygnał. Na wódkę to łobuz ma, a na komorne go nie stać...
- Ja wynajmę od ciebie ten pokój - mówił Wokulski - tylko trzeba go odczyścić... Furman patrzył na Wokulskiego zdziwiony.