- Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? - spytał dyrektor.
- Och! - odpowiedział dżokej.
- Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita - mówił dyrektor.
- Och! - potwierdził dżokej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
- Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
- Och! - odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał:
- Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski, pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego powozu.
Teraz zaczął szukać panny Izabeli.
Obszedł długi łańcuch powozów ustawionych wzdłuż toru, przypatrywał się koniom, służbie, zaglądał pod parasolki damom, ale panny Izabeli nie dostrzegł.,
Może nie przyjedzie?" - szepnął i zdawało mu się, że cały ten plac napełniony ludźmi zapada wraz z nim pod ziemię. Miał też po co wyrzucać tyle pieniędzy, jeżeli jej tu nie będzie! A może pani Meliton, stara intrygantka, okłamała go na spółkę z Maruszewiczem?...
Wszedł na schodki wiodące do trybuny sędziów i oglądał się na wszystkie strony. Na próżno. Gdy schodził stamtąd, zatamowali mu drogę dwaj tyłem stojący panowie, z których jeden, wysoki, z wszelkimi cechami sportsmena, mówił podniesionym głosem:
- Czytając od dziesięciu lat, jak łają nas za zbytki, już chciałem poprawić się i sprzedać stajnię. Tymczasem widzę, że człowiek, który wczoraj dorobił się majątku, dziś puszcza konia na wyścigach... Ha! myślę, toście wy takie ptaszki?... Nas moralizujecie, a gdy się uda, robicie to samo?.. Otóż nie poprawię się, nie sprzedam stajni, nie...
Jego towarzysz spostrzegłszy Wokulskiego trącił mówcę, który nagle urwał. Korzystając z chwili Wokulski chciał ich minąć, ale wysoki pan zatrzymał go.