- Lubią szampana - odpowiedział.
Zauważyłem, że wiwaty nic go nie obchodzą. Nie rozchmurzył się nawet, choć jeden z mówców (musiał być literat, bo gadał dużo i bez sensu) powiedział, nie wiem, w swoim czy w Wokulskiego imieniu, że... jest to najpiękniejszy dzień jego życia.
Uważałem, że Stach najwięcej kręci się koło pana Łęckiego, który przed swym bankructwem ocierał się podobno o europejskie dwory...
Zawsze ta nieszczęśliwa polityka!...
Z początku uczty wszystko odbywało się bardzo poważnie; coraz któryś z biesiadników zabierał głos i gadał tak, jakby chciał odgadać wypite wino i zjedzone potrawy. Lecz im więcej wynoszono pustych butelek, tym dalej uciekała z tego zgromadzenia powaga, a w końcu- zrobił się przecie taki hałas, że wobec niego prawie oniemiała muzyka.
Byłem zły jak diabeł i chciałem zwymyślać przynajmniej Mraczewskiego. Odciągnąwszy go jednak od stołu zdobyłem się ledwie na te słowa:
- No, i po co to wszystko?...
- Po co?... - odparł patrząc na mnie błędnymi oczyma. - To tak dla panny Łęckiej...
Zwariowałeś pan!... Co dla panny Łęckiej?..
- No... te spółki..: ten sklep... ten obiad... Wszystko dla niej... I ja przez nią wyleciałem ze sklepu... - mówił Mraczewski opierając się na moim ramieniu, gdyż nie mógł ustać.
- Co?... - mówię widząc, że jest zupełnie pijany. - Wyleciałeś przez nią ze sklepu, więc może i przez nią dostałeś się do Moskwy?..
- Rozum... rozumie się... Szepnęła słówko, i: takie... nieduże słóweczko i... dostałem trzysta rubli więcej na rok... Żabcia ze starym wszystko zrobi, co jej się podoba...
- No, idz pan spać - rzekłem.
- Właśnie że nie pójdę spać... Pójdę do moich przyjaciół... Gdzie oni są?... Oni by sobie z Żabcią prędzej poradzili... Nie grałaby im po nosie jak staremu... Gdzie moi przyjaciele? - zaczął wrzeszczeć.
Naturalnie, że kazałem go odprowadzić do numeru na górę. Domyślam się jednak, że udawał pijanego, ażeby mnie otumanić.