- Jedziesz! - z żalem zawołała.
Ironia i złośliwość, które wrzały w niej przed chwilą, znikły bez śladu; czuła już tylko, że mąż jej odjedzie i cały jej plan dnia szczęśliwie z nim spędzonego pierzchnie.
- Muszę - obojętnie odpowiedział Zygmunt.
- Dokąd? - zapytała znowu i ramionami objąć go próbowała, ale on twarzą zwracając się ku oknu po paru sekundach milczenia odpowiedział:
- Do Korczyna!
Zbladła i znieruchomiała.
- Zygmusiu...
Głos jej był teraz cichy, zdławiony.
- Que veux tu, chére enfant?
- Ty tam nie pojedziesz, Zygmusiu...
Szybko zwrócił się ku niej i z głębokim zdziwieniem zapytał:
- Dlaczego?
- Dlatego zaczęła - dlatego...
I nie dokończyła. Strwożyła się czy też ogarnął ją wstyd.
- Dawno nie odwiedzałem stryja i mam do niego interes. Czy chciałabyś, abym zerwał stosunki z moim stryjem?
- O, nie, nie! - z wybuchem zawołała - niech Bóg broni, abym wnosiła niezgodę do rodziny, w którą weszłam!
- Czegóż więc sobie życzysz?
Bladła i rumieniła się na przemian. Nie mogła, nie chciała być zupełnie szczerą. Duma i skromność usta jej zamykały. Wreszcie z płaczem prawie wybuchnęła:
- Więc przynajmniej weź mię z sobą!
- I to jest niepodobnym - perswadował. - Wiesz dobrze o słabym zdrowiu i dziwactwach stryjenki... częstych wizyt składać jej nie wypada...

NR: WJZKQQM WQGKVQM WQQKPPM WJVYZZM WQPGKXM