Ciekawostki:
Studia na kierunku Turystyka i Rekreacja ze specjalnością obsługa ruchu turystycznego lub hotelarstwo - studia hotelarstwo.
Niezawodna owijarka do palet: owijanie pionowe, paletyzacja. Poznaj też inne nasze systemy pakowania.

       

I mnóstwo znowu imion i nazwisk leciało po trawach zroszonych, po ogołoconych ogrodach i przerzedzonych gajach, a nad wszystkimi wykrzykami i odpowiedziami górowało wołanie:
- Na Niemen! na Niemen!
Ktoś w wielkim zmieszaniu głosów potężnym basem nucić zaczynał:
Za Niemen tam precz...
Ach, czegóż za Niemen?
Czy błoń tam kwiecistsza...
A ku rzece, której imię mnóstwem ech rozlegało się po ciemnym borze i szerokim polu, z wysokiej góry, w bladym jeszcze świetle księżyca, schodziło i zbiegało par kilkanaście.
Jan szerokimi krokami ogród przebywał widocznie kogoś szukając i we wszystkich stronach upatrując, gdy na rękawie swojej siermiężki uczuł czyjąś rękę i zaraz mu przed oczami błysnął czarny warkocz czerwonymi jarzębinami przetykany.
- Popłyniem!
- Popłyniem!
- Ale sami... we dwoje... moja droga pani... moja złota! swoim czółenkiem... własnym, tym samym, które nas do Mogiły zawiozło.
- Dobrze!
Czółno to stało u stóp Anzelmowej zagrody, w gęstwinie oczeretów ukryte, i Jan tylko wiedział gdzie je znaleźć można. Więc ku Anzelmowej zagrodzie oboje pobiegli, dla pośpiechu płot przeskoczyli w tym samym prawie miejscu, w którym go tak często Elżusia i Antolka przeskakiwały, a po paru minutach byli już pod lipami. Tu w miejscu jednym gałęzie zwieszały się tak nisko, że Justyna, aby pod nimi przebiec, pochylić się musiała. Jan pochylił się także i pod tym ciemnym sklepieniem rękę, która nad zroszoną trawą białą suknię unosiła, pochwycił, do ust poniósł i już jej więcej z dłoni nie wypuścił. Dłoń w dłoni z wysokiej góry ku przybrzeżnym oczeretom biegli i ani zauważyli, że za sobą pozostawiali dwoje ludzi pod lipami na trawie siedzących i tak przyciszoną rozmową zajętych, że na przebiegającą w pobliżu parę ze swej strony także uwagi nie zwrócili.
Byli to Anzelm i Marta, Jakim sposobem i gdzie spotkali się w tłumie po raz drugi? Powiedzieć by to mogły te stare wspomnienia, które ich ku sobie pociągnęły. Ale tłum prędko opuścili i od dawna już oboje znajdowali się w Anzelmowej zagrodzie, której dom, drzewa, ule Marta ciekawie i długo oglądała, jedne chwaląc, drugie krytykując, a kiedy niekiedy dawnemu przyjacielowi z doświadczenia zaczerpniętych rad udzielając. Odkąd ściemniało, siedzieli pod lipami na trawie wspólnie z żółtym Mucykiem, który u nóg swego pana rozciągnięty leżał, i zdawało się im, że wszystko już sobie powiedzieli, co do powiedzenia mieć mogli. Więc zamilkli, oboje w postawach jednostajnych, policzki na dłoniach opierając. Po kilku minutach przecież na bladych wargach Anzelma pod siwiejącym wąsem uśmiech drżeć zaczął. Z tym uśmiechem, powolnym sposobem swoim mówił:
- Czy panna Marta pamięta, jak pierwszy raz na zaproszenie panów Korczyńskich do Korczyna przyszedłszy i na panią spojrzawszy gawronem z otwartą gębą stanąłem, aż wszyscy śmiać się ze mnie zaczęli?
Ona z cicha zachichotała:
- Czemużbym pamiętać tego nie miała? Ale dlaczego wtedy pan Anzelm tak skołowaciał?
- Ślicznością figury i ognistością oczów pani zadziwiony i oślepiony zostałem...
- Tak, tak to kiedyś było! - głową z wysokim grzebieniem trzęsąc szepnęła stara panna.
- Tak, tak to było! - potwierdził Anzelm.