- Co to? - ukazując je zapytała Justyna.
Ale zanim towarzysz jej miał czas odpowiedzieć, w jednym z tych ziemnych wydrążeń zaczerniało coś, bielą błysnęło i ptak wysmukły, ze śnieżną piersią i długimi skrzydły szafirową czarnością połyskującymi błyskawicznie szybko na dół spłynąwszy krętym lotem prawie nad ich głowami przeleciał.
- Jaskółka! - zawołała Justyna.
- To są jaskółcze gniazda - na okrągłe otwory patrząc potwierdził Jan. - Taką ten ptak ma przemyślność, że w tej twardej i gołej skale mieszkania sobie wykuwa. Kiedyś nadmiar ciekawy byłem tych pałaców, i czy pani da wiarę? przekonałem się, że one tam sobie, te ptaki, prawdziwe pokoje i korytarze budują... Ot, i druga leci, i trzecia, i czwarta!...
Z pokojów i korytarzy w nagiej i gładkiej ścianie wykutych ptaki wylatywały coraz liczniej, czarnymi skrzydły i śnieżnymi piersiami na jej czerwonawym i żółtym tle migocąc i szybko spuszczając się nad wodę. Szelestem ich skrzydeł spłoszona pszczoła z odzyskaną w spoczynku siłą zerwała się z brzegu czółna i z głośnym, tryumfującym brzęczeniem wzbijając się w powietrze w kierunku parowu i okolicy uleciała. Jan patrzał za nią.
- Ot, i uratowane pracowite, dobre zwierzątko! - z pogodnym, zadowolonym uśmiechem w oczach i na ustach zwolna wymówił.
- Zawsze to o jedną śmierć mniej, a o jedną kroplę słodyczy więcej na świecie - dodała Justyna, i zdawać się mogło, że pogodne zadowolenie z uśmiechu Jana na jej twarz spłynęło.
- Prawdę pani mówi - wiosło w wodzie zatapiając odparł - umierania i goryczy wszelakich pełno na świecie, a słodycz na nim bardzo jest droga...
- Skąd pan wie o tym? - żywo zapytała.
Popatrzył na nią długo, dziwnie, z trochę ironicznym uśmiechem w oczach.
- Państwo myślą - zaczął - że człowiek w prostym stanie będący uczucia swego i swoich myśli nie ma. Ale może w tym jest pomyłka...
Chciał coś jeszcze mówić, ale powstrzymał się, usta mu tylko drgnęły, krewkim ruchem czapkę na czole, poprawił i żywiej wiosłować zaczął.
- Wiem i wierzę - z powagą rzekła Justyna.
Uśmiechnął się znowu i ręką skinął.
- Co pani wie? - trochę porywczo rzucił.
- To prawda - odpowiedziała i cała rumieńcem spłonęła.
Jemu we wpatrzonym w nią wzroku zagrał żal.
- Nie ma czego wstydzić się ani smęcić - łagodnie już przemówił - tak już pani urodziła się i uczyła się też czego innego...
W tej chwili usłyszeli żałosne skomlenie psa i przewlekłym, gapiowatym głosem wymówione:
- Dobry wieczór państwu!