- Panna z pięknej familii i z edukacją... - z wielkim już ożywieniem wołała pani domu - pieszo idąca, bez kapelusza... to być nie może...
- To być nie może... Pan zawsze żartuje... - zawtórzyła druga kobieta.
- No, a jak powiem jej imię i nazwisko, to co będzie? - ż przekorną filuterią pytał gość.
- Nie wierzę - twierdziła pani Emilia.
- To być nie może! jakże to być może! - wstydliwie chichotał drugi głosik kobiecy.
- A jak powiem - przekomarzał się Kirło - co mi za to będzie? Bez nagrody nie powiem! dalibóg! Co mnie panie dadzą za to, ha? Chyba panna Teresa pozwoli się pocałować? co? No, panno Tereso, tak czy nie? jeżeli pani mię pocałuje, to powiem, jeżeli nie, to nie !
Wykwintny, w cieniu siedzący mężczyzna uczynił ruch zdziwienie czy niesmak objawiający; pani domu oswojona znać z żartobliwym usposobieniem gościa swego i nawet przyjemną rozrywkę w nim znajdująca śmiała się z cicha, trochę filuternie i zalotnie. Ale nic wyrazić nie zdoła wrażenia sprawionego przez propozycję Kirły na osobie, której ona uczynioną została. W owalnej ramie cieniutkiej, brudnej chustki mała i zwiędła jej twarz okryła się najjaskrawszym karminem; błękitne, niewinne oczy zmąciły się i nabrały wyrazu trwogi połączonej z upojeniem. Wątłą swą kibić w szarym staniku odrzuciła na tylną poręcz krzesła, ręce ku obronie wzniosła i cofając się, odwracając, rumieniąc, z chichotem, którym usiłowała pokryć zmieszanie swe i wzruszenie, bełkotała:
- Ależ, doprawdy, panie Kirło... co pan wygaduje?... jakże można? pan zawsze żartuje...
On jednak nie tylko wygadywał i żartował, ale brał się do czynu i czyniąc gest taki, jakby ramieniem swym kibić jej miał opasać, ogoloną twarz swą z wpółdobrodusznym, a wpółzłośliwym uśmiechem ku twarzy jej pochylał. Z chudych, bladych rąk swych tarczę sobie czyniąc, cała w tył odgięta, ale z dziwnie miodowym i upojonym wyrazem w oczach, wołała:
- Oj ! oj ! o mój Boże! Co pan wyrabia!
Pani Emilia z niezwykłą u niej żywością poruszyła się na szezlongu i wołać zaczęła:
- Panie Bolesławie! proszę Tereni nie dokuczać! Niech pan jej nie dręczy! ją dziś zęby bolą.
Kirło wyprostował się.
- Racja - wyrzekł z powagą - racja! Buziak kobiety, którą zęby bolą, pożądanym nie jest, chociażby człowiek... kiedy indziej sobie na niego i bardzo zęby zaostrzył. No, cóż mam robić? Widzę, że muszę ciekawość pań darmo już zaspokoić. Taki to los biednego człowieka na tym świecie! Żadnej za nic nagrody! Ale nie! - zawołał nagle i z komiczną desperacją zwracając się do pani domu - chyba pani choć w rączkę pocałować się pozwoli!
- Dobrze, dobrze - śmiejąc się i podając mu rękę wołała pani Emilia - tylko niech pan już mówi...
Rączkę sobie podaną, istotnie śliczną, położył na swej dużej, kościstej dłoni i z miną smakosza przyglądał się jej chwilę swymi błyszczącymi, świdrującymi oczkami.
- Śliczna! miła! malusia! malusienieczka rączka!- wymówił i złożył na niej długi pocałunek, w którym cześć i galanteria mieszały się z tajonym, niejako połykanym lubowaniem się przyjemnością innego wcale rzędu. Cień bladego rumieńca przepłynął chude policzki pani Emilii; cofnęła rękę i z większym jeszcze ożywieniem, z błyskiem w oczach, upomniała się o imię i nazwisko gracji.
- Była to - wzdychając i wydymając wargi zadeklamował Kirło - była to cioteczna siostrzenica pana Benedykta Korczyńskiego, panna Justyna Orzelska.
Dwa cienkie wykrzyki kobiece oznajmieniu temu odpowiedziały. Ale wmieszał się w nie i głos męski, który przemówił:
- Więc ta panna, którąśmy jadąc spotkali, mieszka tu... jest kuzynką państwa...