- Dwóch konkurentów do ciebie przyjedzie!- z gniewną ironią krzyknęła Marta. - Alboż mało naczekałaś się jeszcze na nich? No, to dziś trzech będziesz miała od razu. Pan Różyc już jest, a dwóch jeszcze przyjedzie...
Zaczęła śmiać się tak, że aż łzy nabiegły do szyderskich, ognistych jej oczu. Teresa, zarumieniona trochę, dobrodusznie jej w twarz patrzała. - Co też pan wygaduje! Pan Różyc... gdzieżby on tam mógł... taki wielki pan... choć, doprawdy, tak jakoś patrzał... ej! oni wszyscy tacy... ci mężczyźni... Ale naprawdę, kto więcej przyjedzie?... moja droga pani, proszę mi powiedzieć, kto przyjedzie?
I szczupłymi ramionami swymi z dziecinną prawie pieszczotliwością objąć usiłowała grubą kibić i cienką, żółtą szyję towarzyszki. Ale ona gwałtownie wyrwała się z jej objęć.
- A dzieci! - krzyknęła. -Toż Widzio i Leonia powinni już od godziny być tutaj... Może choć na obiad nadjadą...
- A, prawda - z widocznym uczuciem rozczarowania szepnęła Teresa - zapomniałam...
- Zapomniała, zapomniała... - gniewnie ku szafie kredensowej idąc zamruczała Marta. - Może i matka zapomniała także... o dzieciach zapomniała... Co im w głowie? Romanse i apteka... Wieczna głupota!... A dzieci jak nie ma, tak nie ma!... O Boże mój, Boże! gdyby tylko nie jaki wypadek... bo z tymi kolejami żelaznymi wszystko być może... Znowu stanęła twarzą ku oknu, głową wielkim grzebieniem sterczącą trzęsła i pęk kluczów głośno dzwonił w jej ręku.
W tejże chwili za przymkniÄ™tymi drzwiami sali jadalnej daÅ‚o siÄ™ sÅ‚yszeć szybkie ze wschodów zbieganie, potem szamotanie siÄ™ jakieÅ›, mocowanie, dwa gÅ‚osy mÄ™skie, z których jeden zdawaÅ‚ siÄ™ o coÅ› nalegać, a drugi od czegoÅ› wypraszać... struna jakaÅ› kilka razy brzÄ™knęła, na koniec, dalej już, w głębi domu, wybuchnÄ…Å‚ gÅ‚oÅ›ny Å›miech KirÅ‚y... Marta, zapatrzona w szlak drogi zza rozwartej bramy dziedziÅ„ca widzialny, na szczególny haÅ‚as ten nie zwróciÅ‚a żadnej uwagÃ, ale Teresa rzuciÅ‚a siÄ™ ku drzwiom à naprzód przez nie ciekawie gÅ‚owÄ™ wychyliÅ‚a, a potem, z cienkim i uszczęśliwionym chichotem, drobnym swym dziewczÄ™cym krokiem przez sienie i salon pobiegÅ‚a. W głębi salonu drzwi od pokoju pani Emilü otworzyÅ‚y siÄ™ gÅ‚oÅ›no i zjawiÅ‚ siÄ™ w nich KirÅ‚o Å›miejÄ…cy siÄ™ i ciÄ…gnÄ…cy za sobÄ… kogoÅ› bardzo pociesznie w samej rzeczy wyglÄ…dajÄ…cego. ByÅ‚ to staruszek Å›redniego wzrostu, ale tuszy dobrej i w Å›rodku figury szczególniej wydatnie zaokrÄ…glonej, z okrÄ…głą, biaÅ‚ymi jak mleko wÅ‚osami okrytÄ… gÅ‚owÄ…, z okrÄ…głą także, pulchnÄ…, rumianÄ… twarzÄ…. WÅ›ród tej twarzy pulchne, rumiane usta uÅ›miechaÅ‚y siÄ™ teraz z peÅ‚nÄ… zmieszania dobrodusznoÅ›ciÄ… i błękitne jak turkusy oczy patrzaÅ‚y z wyrazem wstydu i zalÄ™knienia. To zmieszanie i zalÄ™knienie źródÅ‚o swe mieć musiaÅ‚o w ubiorze bardzo niestarannym, bo skÅ‚adajÄ…cym siÄ™ tylko z szerokiego, z kwiecistej materii sporzÄ…dzonego szlafroka. JednÄ… rÄ™kÄ… trzymajÄ…c smyczek i zarazem powstrzymujÄ…c od rozchylania siÄ™ poÅ‚y szlafroka, drugÄ… ten biaÅ‚owÅ‚osy i Å‚agodny starzec przyciskaÅ‚ do piersi skrzypce. Przy tym broniÄ…c siÄ™ przeważnej sile, która go naprzód pociÄ…gaÅ‚a, usiÅ‚owaÅ‚ wciąż cofać siÄ™ i ramiÄ™ swe z dÅ‚oni KirÅ‚y wyrwać.
- Puść mię pan..., - szeptał i wykrzykiwał głośno - jakże można? przy damach... w szlafroku...
Ale Kirło wciągnął go do pokoju, przy czym do Różyca zwrócony perorować zaczął:
- Przedstawiam nowemu sąsiadowi naszemu najznakomitszego muzyka okolicy naszej... przepraszam! Litwy... a może i Europy... Zaniedbany ubiór jego przebaczą mu nawet damy, ponieważ jest artystą. Od urodzenia podobno aż do dnia dzisiejszego pracuje nad muzyką. Majątek, panie, przepracował... Ale gra za to... gra...
- Puść mię pan... przy damach... przy nieznajomym człowieku wypraszał się à w celu wyrwania się nowe, a coraz śmieszniejsze wysilenia czynił staruszek.
Nieznajomy człowiek, czyli Różyc, ze zdumieniem na tę scenę patrzał i nie tylko nie śmiał się, lecz delikatne wargi jego przybrały wyraz niesmaku. Korczyński, oswojony znać z dobrym humorem Kirły i jego objawami, spoglądał przez okno na klony i rzekę; panie, Emilia i Teresa, śmiały się: pierwsza cichutko i z niejakim zawstydzeniem, druga głośniej i z rozkoszą. Kirło, zachęcony powodzeniem swym wobec dam a na obecnych mężczyzn już nie zważając, z komicznymi gestami i minami dalej prawić zaczynał:
- Idę sobie na górę, aby naszego kochanego artystę odwiedzić... słyszę: gra! Dobrze, myślę, niechże przyjdzie zagrać dla nas... Wymawia się, że nie ubrany... Co tam! tym lepiej... artyści podobno, panie, zawsze nie ubrani i nie umyci...
Wtem zza pleców szamoczącego się i już widocznie udręczonego starca wysunęła się młoda kobieta w czarnej sukni wybornie uwydatniającej jej silną i zgrabną kibić. Wyprostowaną była i głowę otoczoną czarnym warkoczem wysoko podnosiła. Wśród śmiałej twarzy szare jej oczy wydawały się teraz prawie czarnymi i w twarz Kirły cisnęły płomienie gniewu. Na nikogo z obecnych nie spojrzawszy zwróciła się ku otwartym drzwiom salonu i zawołała głośno:
- Mars! Mars!
Na to wołanie zjawił się ˇw progu pies myśliwski, ulubieniec pana domu, wielki, czarny ponter. Kobieta krótkim gestem wskazała go Kirle.
- Oto jest Mars - rzekła - wybornie umie on warować, aportować i przez kij skakać. Zawołałam go tu dla zabawy pana!
Głos jej trochę drżał, usta zbladły i z oczu znowu trysnęły płomienie. Powoli jednak i łagodnie ujęła ramię starca.
- Chodź, ojcze! - rzekła.
Kiedy wyprostowana, z podniesioną głową i bladym, lecz nie zmąconym profilem prowadziła przez wielki salon siwowłosego, trochę przygarbionego i skrzypce swe do piersi przyciskającego starca, przypomnieć mogła Antygonę...