- Piękna miejscowość - rzekł w zamyśleniu Różyc.
Korczyński wskazał mu pracujących około rudli płytników.
- Ci ludzie nie mają także święta...
Różyc zdjął binokle i długą swą atłasową rękę powiódł po zmiętym i drgającym czole.
- Mnie się zdaje - rzekł - że oni zawsze mają święto. Są zdrowi, silni i jakimkolwiek jest ich życie, żyć chcą...
- Może pan ma słuszność - po krótkim namyśle odpowiedział Korczyński. - Praca nieszczęściem nie jest; idzie tylko o grunt, na którym człowiek pracuje, i o... skutki., Jeżeli co krok głową o mur uderzać się musisz i myśleć, że wszystko, cokolwiek byś zrobił...na diabła zda się...
Machnął ręką i umilkł. Różyc cierpiącymi swymi, ale inteligentnymi oczami z zajęciem spoglądał na ogorzałe, zorane czoło i w dół spuszczone wąsy obywatela.
- Do czego pan ostatnie słowa swe stosujesz?- zapytał.
Spod wypukłych powiek duże, piwne oczy Korczyńskiego podniosły się na twarz gościa i utonęły w niej wejrzeniem głębokim i przejmującym.
- Jak pań myśli?... - zaczął i zawahał się z dalszym mówieniem. Ogarnęła go widoczna, a dziwna w tak silnym człowieku nieśmiałość.
- Jak pan myśli? - zaczął znowu - czy w teraźniejszych czasach ci nawet z nas, którzy pieniędzy nie marnują i jak woły pracują, zdołają... to... tamto... tego...
Źrenice jego błyskały przelatującymi w nich iskrami; patrzał ciągle w twarz gościa i koniec wąsa do ust włożywszy przygryzać go zaczął. Widocznym było, że Różyc nie wiedział dobrze, co mu odpowiedzieć wypadało. Nad przedmiotem zaczepionym przez Korczyńskiego myślał zapewne niewiele; może też obchodził go on niewiele.
- Któż to może przewidzieć? - zaczął. - Czasy są ciężkie. Ja zresztą te strony znam tak mało... świeżym przybyszem jestem...
- Nie o te strony idzie - żywo podjął Korczyński - pod tym względem wszystkie strony u nas są sobie równe. Niechże mi więc pan powie przynajmniej, jak jest tam, gdzie pan mieszkałeś...
Różyc z niedbałym uśmiechem, choć z silnym drganiem czoła i brwi odpowiedział:
- Osobiście przedstawiam przykład zasmucający... Moje tamtejsze majątki są dla mnie stracone...
- Wiem o tym, ale to co innego! - zawołał Korczyński. - Pan z urodzenia byłeś wielkim panem... No, a to... tamto... Ale chciałbym coś wiedzieć o obywatelstwie średnim, takim na przykład jak ja, siedzącym na dziesięcinach ziemi kilkuset, tysiącu... trochę więcej...
Światowemu i do wszystkiego przyzwyczajonemu człowiekowi odpowiedzi na pytania wszelkie zupełnie zabraknąć nie mogło. Począł więc opowiadać o finansowym i gospodarskim stanie średnich majętności ziemskich nad Słuczą położonych, a czy opowiadał dokładnie lub niedokładnie, prawdziwie czy nieprawdziwie, o to widocznie nie dbał. Nie zajmował się tym bardzo żywo, może uważał to sprawozdanie za próżną dla siebie fatygę. Ale mówił płynnie, do wykwintnej polszczyzny mieszając trochę francuskich wyrazów, od czasu do czasu, zręcznie i grzecznie, tłumił nerwowe poziewanie.
Z dala od okna, w przyciemnionym nieco rogu pokoju, prowadziła się inna, znacznie cichsza rozmowa. Kirło, ku gospodyni domu pochylony, mówił do niej o czymś półgłosem, z wyrazem ubolewania naprzód, a potem tak jowialnej żartobliwości, że na koralowe jej usta zwolna powracał uśmiech. Z wdzięcznym na sąsiada swego spojrzeniem wyrzekła:
- Pan zawsze pocieszyć i rozweselić mię musisz... O, gdyby mi pana jeszcze zabrakło...