- Sam nie wiedział... Szukać... Pojechał ku granicy żmujdzkiej, gdzie teraz wojna.
- Na miły Bóg, powiadajcie, ojcze, co o nim wiecie!
- Wiem tyle, ilem od niego słyszał. Był w Malborgu i możną tam opiekę pozyskał, bo brata mistrzowego, który jest pierwszym między nimi rycerzem. Z jego rozkazania wolno było szukać Zbyszkowi po wszystkich zamkach.
- Juranda i Danuśki?
- Tak, ale Juranda nie szukał, bo mu powiedzieli, że nie żyje.
- Mówcie od początku.
- Zaraz, jeno odetchnę i oprzytomnieję, bo z innego świata powracam.
- Jak to z innego świata?
- Z tego świata, do którego na koniu nie zajedzie, ale na modlitwie zajedzie... i od nóg Pana Chrystusowych, u których prosiłem o zmiłowanie nad Jurandem.
- Cuduście prosili? Macież tę moc? - zapytał z wielką ciekawością Maćko.
- Mocy nijakiej nie mam, ale ją Zbawiciel ma, któren jeśli zechce, powróci Jurandowi i oczy, i język, i rękę...
- Byle chciał, to jużci że i potrafi - odrzekł Maćko - wszelako nie o byle coście prosiłi.
Ksiądz Kaleb nie odpowiedział nic, może nie dosłyszał, gdyż oczy miał jeszcze jakby nieprzytomne i istotnie widać było, iż się poprzednio całkiem w modlitwie zapamiętał.
Więc zakrył teraz twarz rękoma i czas jakiś siedział w milczeniu. Wreszcie wstrząsnął się, przetarł dłońmi oczy i źrenice, po czym rzekł:
- Teraz pytajcie.