- A Danuśka? a jej rodzic?
- To sarno powiedziałem księżnie. Ale w duszy rad jestem iże się pokazuje, jako i nas krzywdzić jest nieprzezpieczna rzecz. Juści wiemy, jak toporzysko chycić w garść i godnie nim machnąć! A co do Danuśki i Juranda, to prawda. Ja myślę tak samo jak i Czech, że ich już na świecie nie ma, ale w rzeczy to nikt dobrze nie wie... Tego Juranda też mi żal, bo i za życia się boleści o dziewczynę najadł, i jeżeli zginął, to ciężką śmiercią.
- Co go kto przy mnie wspomni, to zaraz o tatusiu myślę, którego też na świecie nie ma - odpowiedziała Jagienka.
I tak mówiąc podniosła zwilżone, śliczne oczy ku górze. Maćko zaś pokiwał głową i rzekł:
- W Bożym on wiecu i w światłości wiekuistej na pewno, bo lepszego od niego człowieka chyba w całym naszym królestwie nie było...
- Oj, nie było ci, nie było! - westchnęła Jagienka.
Lecz dalszą rozmowę przerwał im chłop przewodnik, który powstrzymał nagle źrebca, a następnie zawrócił go, przyleciał pędem do Maćka i zawołał jakimś dziwnym wylęknionym głosem.
- O dla Boga! Patrzcie no, panie rycerzu, kto to ku nam z pagórka idzie.
- Kto, gdzie? - zawołał Maćko.
- A owdzie! Chyba wielgolud czy co...
Maćko z Jagienką wstrzymali stępaki, spojrzeli we wskazanym przez przewodnika kierunku i istotnie oczy ich ujrzały na wyniosłości pagórka, na pół albo i więcej stajania jakowąś postać, której wymiary zdawały się znacznie przenosić zwykłe ludzkie kształty.
- Sprawiedliwie mówi, że chłop jest duży - mruknął Maćko.
Potem zmarszczył się, splunął nagle w bok i rzekł:
- Na psa urok!
- Czemu zaś zaklinacie? - spytała Jagienka.