Rozdział pięćdziesiąty pierwszy
Już właśnie ksiądz Bartosz z Kłobucka skończył jedną mszę, a Jarosz, proboszcz kaliski, miał wkrótce wyjść z drugą i król wyszedł przed namiot, aby rozprostować nieco zmęczone klęczeniem kolana, gdy na spienionym koniu wpadł jak burza szlachcic Hanko Ostojczyk i nim z siodła zeskoczył, zakrzyknął:
- Niemce, miłościwy panie, idą!
Porwali się na te słowa rycerze, król zmienił się na twarzy, zamilkł przez mgnienie oka, po czym zawołał:
- Pochwalony Jezus Chrystus! Gdzieś ich widział i ile chorągwi?
- Widziałem jedną chorągiew przy Grunwaldzie odpowiedział zdyszanym głosem Hanko - ale zza wzgórza kurzawa szła, jakby ich więcej ciągnęło!
- Pochwalony Jezus Chrystus! - powtórzył król.
A wtem Witold, któremu za pierwszym słowem Hanki krew uderzyła do twarzy i oczy poczęły się żarzyć jak węgle - zwrócił się do dworzan i zawołał:
- Odwołać drugą mszę i konia mi!
Król zaś położył mu rękę na ramieniu i rzekł:
- Jedź ty, bracie, a ja ostanę i drugiej mszy wysłucham.
Więc Witold i Zyndram z Maszkowic wskoczyli na konie, lecz właśnie w chwili, gdy zawrócili ku obozom, przyleciał drugi goniec, szlachcic Piotr Oksza z Włostowa, i z dala już począł krzyczeć:
- Niemce! Niemce! Widziałem dwie chorągwie!