- Tak.
- Ale Krzyżacy pewnie cię za zdrajcę poczytują?
- Nie! - rzekł de Lorche. - Wiesz, jako czci rycerskiej przestrzegam. Jeździł Sanderus ze zleceniami biskupa płockiego do Malborga, więc posłałem przez niego pismo do mistrza Ulryka, w którym wypowiedziałem mu służbę i wyłuszczyłem mu przyczyny, dla których po waszej stronie staję.
- Ha! Sanderus! - zawołał Zbyszko. - Mówił mi, że mu spiż na dzwonach zbrzydł i że do żelaza zbudziła się w nim chętka, co mi i dziwne, bo zajęcze zawsze miał on serce.
A pan de Lorche począł się śmiać:
- Sanderus tyle ma ze stalą albo z żelazem do czynienia, że mnie i moich giermków goli.
- Tak to? - zapytał rozweselony Zbyszko.
Czas jakiś jechali w milczeniu, po czym de Lorche podniósł oczy ku niebu i rzekł:
- Prosiłem was na wieczerzę, ale nim zajedziem, to chyba będzie śniadanie.
- Miesiąc jeszcze świeci - odparł Zbyszko. Jedźmy.
Więc zrównawszy się z Maćkiem i Powałą jechali dalej razem we czwórkę szeroką obozową ulicą, którą wytykano zawsze z rozkazu dowódców między namiotami i ogniskami, aby przejazd był wolny. Chcąc dostać się do stojących na drugim końcu obozu chorągwi mazowieckich, musieli go cały wzdłuż przejechać.
- Jak Polska Polską - ozwał się Maćko - jeszcze takich wojsk nie widziała, bo spłynęły narody ze wszystkich krain ziemi.
- Żaden też inny król takich nie postawi - odpowiedział de Lorche - bo żaden tak potężnym państwem nie władnie.
A stary rycerz zwrócił się do Powały z Taczewa:
- Ile, mówicie, panie, przyszło chorągwi z kniaziem Witoldem?