- A skąd jej wezmę? W sobie ci jej nie znajdę, a pożyczyć mi jej - nikt nie pożyczy.
- Bo ty coś skrywasz!
Zbyszko ruszył ramionami.
- Nie mam wesołości, ale nit mam też nic do skrywania.
I powiedział to tak szczerze, że Maćko od razu przestał posądzać go o tajemnicę, a natomiast począł się gładzić szeroką dłonią po siwej czuprynie, jak miał zwyczaj czynić zawsze, gdy się nad czymś mocno namyślał, i w końcu rzekł:
- To ja ci powiem, czego ci brak: tobie się jedno skończyło, a drugie się jeszcze nie zaczęło - rozumiesz? - Nie bardzo, ale może być! - odpowiedział młodzianek:
I przeciągnął się jak człowiek, którego ogarnia sen. Maćko jednak był pewien, że odgadł prawdziwą przyczynę, i rad był ogromnie, albowiem przestał się zupełnie niepokoić. Nabrał też jeszcze większej niż przedtem ufności do własnego rozumu i mówił sobie w duchu: "Nie dziwować się ludziom, że się mnie radzą!"
A gdy po owej rozmowie wieczorem tego samego dnia przyjechała Jagienka - jeszcze nim zdążyła zsiąść z konia, powiedział jej, że wie, czego Zbyszkowi brakuje.
Więc dziewczyna zsunęła się w jednej chwili z siodła i nuż dopytywać:
- No co? czego? mówcie!
- Ty właśnie masz dla niego lekarstwo.
- Ja? jakie?
A on objął ją wpół i począł szeptać jej coś do ucha, ale niedługo, gdyż po chwili odskoczyła od niego jak oparzona i ukrywszy między czaprakiem a wysokim siodłem spłonioną twarz zawołała:
- Idźcie sobie! Nie cierpię was!
- Jak mi Bóg miły, tak prawdę mówię - rzekł śmiejąc się Maćko.