- Ja ci nie mówię, żebyś przysięgi nie dotrzymał rzekł.
- Jeno co?
- Jeno to, żeś młody i że na wszystko masz czas. Jedź teraz z nami; wypoczniesz - z żalu i boleści się otrząśniesz - a potem ruszysz, dokąd zechcesz.
- To już wam tak szczerze jak na spowiedzi powiem - odrzekł Zbyszko. - Jeżdżę, widzicie, gdzie trzeba, gadam z wami, jem i piję jak każdy człowiek, a sprawiedliwie mówię, że we wnątrzu i w duszy rady sobie nijakiej dać nie mogę. Nic, jedno smutek we mnie, nic, jedno boleść, nic, jedno te gorzkie śluzy - same mi z _oczu płyną!
- To ci właśnie między obcymi będzie najgorzej.
- Nie! - mówił Zbyszko. - Bóg widzi, że do reszty bym skapiał w Bogdańcu. Kiedy wam mówię, że nie mogę, to nie mogę! Wojny mi trza, bo w polu łacniej przepomnieć. Czuję, że jak ślubu dokonam, jak onej zbawionej duszy będę mógł rzec: wszystkom ci spełnił, com przyobiecał dopiero mnie popuści. A pierwej - nie! Nie utrzymalibyście mnie i na powrozie w Bogdańcu...
Po tych słowach stało się w izbie cicho, tak że słychać było muchy latające pod pułapem.
- Ma-li skapieć w Bogdańcu, to niech lepiej jedzie ozwała się wreszcie Jagienka.
Maćko założył obie ręce na kark, jak miał zwyczaj czynić w chwilach wielkiego frasunku, po czym westchnął ciężko i rzekł:,
- Ej, mocny Boże!...
Jagienka zaś mówiła dalej:
- Zbyszku, ale ty przysięgnij, że jeżeli cię Bóg zachowa, to nie ostaniesz tutaj, jeno powrócisz do nas.
- Co bym nie miał wrócić! Jużci nie ominę Spychowa, ale tu nie ostanę.
- Bo - ciągnęła dalej cichszym nieco głosem dziewczyna - jeśli ci o tę truchełkę chodzi, to my ci ją zawieziem do Krześni...
- Jaguś! - zawołał z wybuchem Zbyszko.