- Wpierw musicie wydobrzeć:
- A potem co?
- Potem? Wrócicie do Bogdańca. Wiem, jako Bogdaniec miłujecie.
- A ty?
- I ja go miłuję.
- Nie mówię, żebyś do Juranda nie jechał - rzekł powoli Maćko - bo jeśli zamrze, to pogrześć go przystojnie należy, ale ty bacz, co powiem, gdyż, jako młody, rozumem mi nie dorównasz. Nieszczęśliwa to jakowaś ziemia ten Spychów. Co cię spotkało dobrego to gdzie indziej, a tam nic, jeno strapienia ciężkie i frasunki.
- Prawdę mówicie - rzekł Zbyszko - ale tam Danusina truchełka...
- Cichaj ! - zawołał Maćko w obawie, że Zbyszka chwyci taki sam niespodziany ból jak wczoraj.
Ale na twarzy młodzianka odbiło się tylko rozrzewnienie i smutek.
- Będzie czas uradzać - rzekł po chwili. - W Płocku i tak musicie odpocząć.
- Starunku waszej miłości tam nie zbraknie - wtrącił Hlawa.
- Prawda! - rzekł Zbyszko - wiecie, że tam jest Jagienką? Jest dwórką przy księżnie Ziemowitowej. Ba ale przecie wiecie, boście ją sami tam przywieźli. Była i w Spychowie. Aż mi to dziwno, żeście mi nic o niej u Skirwoiłły nie wspomnieli.
- Nie tylko była w Spychowie, ale bez niej Jurand alboby dotychczas macał koszturem drogi, alboby zamarł gdzie przy drodze. Przywiozłem ją do Płocka wedle opatowego dziedzictwa, a nie wspomniałem ci o niej, bo choćbym był wspomniał, byłoby to samo. Na nic tyś, niebożę, wówczas nie baczył.
- Wielce ona was kocha - rzekł Zbyszko. - Chwalić Boga, że nijakie listy nie były potrzebne, ale ona od księżny dostała listy za wami i przez księżnę od posłów krzyżackich.
- Niech Bóg za to dziewce błogosławi, bo lepszej na świecie nie ma! - rzekł Maćko.