- Aleć i pod wolą boską - odpowiedział Jurand.
I to rzekłszy spojrzał uważniej na przewodnika, a spostrzegłszy w jego twarzy coś w rodzaju politowania i współczucia rzekł:
- Uczciwość patrzy ci z oczu, pachołku. Odpowieszże mi szczerze na to, o co spytam?
- Śpieszcie się, panie - rzekł przewodnik.
- OddadzÄ… dziecko za mnie?
A młodzieniec podniósł brwi ze zdziwieniem:
- To wasze dziecko tu jest?
- Córka.
- Owa panna w wieży przy bramie?
- Tak jest. Przyrzekli ją odesłać, jeśli im się sam oddam.
Przewodnik poruszył ręką na znak, że nic nie wie, ale twarz jego wyrażała niepokój i zwątpienie.
A Jurand spytał jeszcze:
- Prawda-li, że strzegą jej Szomberg i Markwart?
- Nie ma tych braci w zamku. Odbierzcie jÄ… jednak, panie, nim starosta Danveld ozdrowieje.
Usłyszawszy to Jurand zadrżał, ale nie było już czasu pytać o nic więcej, gdyż doszli do sali na piętrze, w której Jurand miał stanąć przed obliczem starosty szczytnieńskiego. Pachołek otworzywszy drzwi cofnął się na powrót ku schodom.