- Jesteś? - zapytał Krzyżak.
- Jestem. Idź! idź!
Ale w tej chwili spostrzegł, że z drugiej strony ma także towarzysza: strzemię w strzemię jechał jakiś twór ciałem podobny do człowieka, ale z nieludzką twarzą, głowę miał bowiem zwierzęcą, ze stojącymi uszami, długą, spiczastą i pokrytą czarną sierścią.
- Ktoś ty? - zawołał Zygfryd.
Ów zaś, zamiast odpowiedzieć, pokazał mu zęby i począł głucho warczeć.
Zygfryd zamknął oczy, ale natychmiast usłyszał potężniejszy chrzęst kości i głos mówiący mu w samo ucho:
- Czas! czas! śpiesz się! idź!
I odpowiedział:
- Idę!.
Ale odpowiedź ta wyszła z jego piersi tak, jakby ją dał kto inny.
Potem, rzekłbyś, popychany jakąś nieprzepartą zewnętrzną siłą, zsiadł z konia i zdjął z niego wysokie rycerskie siodło, a następnie uzdę. Towarzysze zsiadłszy także nie odstąpili go ani na mgnienie oka - i zawiedli ze środka drogi na skraj boru. Tam czarny upiór pochylił mu gałąź i pomógł przywiązać do niej rzemień uzdy.
- Śpiesz się! - szepnęła śmierć.
- Śpiesz się! - zaszumiały jakieś głosy w wierzchołkach drzew.
Zygfryd, pogrążony jakby we śnie, przewlókł drugi lejc przez sprzączkę, uczynił pętlę - i wstąpiwszy na siodło, które złożył poprzednio pod drzewem, założył ją sobie na szyję.
- Odepchnij siodło!... już! Aa!