A młodzianek uśmiechnął się smutno:
- Przecie wiecie.
- W drogę! Jedź w zdrowiu!
Konie ruszyły i wkrótce przesłoniła je jasna leszczynowa gęstwina. Maćkowi stało się nagle okrutnie markotno i samotnie, a dusza rwała mu się ze wszystkich sił za tym umiłowanym chłopakiem, w którym była cała nadzieja rodu. Ale wraz otrząsnął się z żalu, gdyż był człowiekiem twardym i moc nad sobą mającym.
"Dziękować Bogu - rzekł sobie - że nie on w niewoli jest, jeno ja..."
I zwrócił się ku Niemcom:
- A wy, panie, kiedy ruszycie i dokÄ…d?
- Kiedy nam się spodoba - odpowiedział Wolfgang - a ruszymy do Malborga, gdzie przed mistrzem naprzód musicie, panie, stanąć.
"Hej, jeszcze mi tam szyję gotowi za pomaganie Żmujdzinom uciąć!" - rzekł sobie Maćko.
Jednakże uspokajała go myśl, że jest w odwodzie pan de Lorche i że sami von Badenowie będą bronili jego głowy, choćby dlatego, aby ich okup nie minął.
"Bo jużci - mówił sobie - że w takowym zdarzeniu Zbyszko nie potrzebowałby ni sam stawać, ni chudoby pomniejszać."
I myśl ta przyniosła mu pewną ulgę.