Tak mówiąc spoglądał na Danusię, która pogrążona w półśnie, oddychała szybko i rozgłośnie. Przezroczyste jej ręce leżące na ciemnej niedźwiadkowej skórze drgały gorączkowo.
Maćko przeżegnał ją i rzekł:
- Hej, bierz ją i jedź! Niechże to Bóg odmieni, bo widzi mi się; że cienko ona przędzie!
- Nie mówcie! - zawołał z rozpaczliwym przyciskiem Zbyszko.
- Moc boska! Każę ci tu konia podprowadzić, a ty jedź!
I wyszedłszy z izby zarządził wszystko do odjazdu. Turczynkowie, podarowani od Zawiszy, podprowadzili konie z kołyską wymoszczoną mchem i skórami, a pachołek Wit Zbyszkowego wierzchowca - i po chwili Zbyszko wyszedł z izby trzymając na ręku Danusię. Było w tym coś tak wzruszającego, że obaj bracia von Baden, których ciekawość przywiodła przed chatę, ujrzawszy na wpół dziecinną jeszcze postać Danuśki, jej twarz podobną istotnie do twarzy świętych panienek z kościelnych obrazów i jej słabość tak wielką, że nie mogąc dźwignąć głowy, trzymała ją wspartą ciężko na ramieniu młodego rycerza, poczęli spoglądać po sobie ze zdziwieniem i burzyć się w sercach przeciw sprawcom jej niedoli. "Jużci, katowskie, nie rycerskie serce miał Zygfryd - szepnął do brata Wolfgang - a ową żmiję, chociażeś za jej przyczyną uwolnion, każę rózgami osmagać." Wzruszyło ich i to także, że Zbyszko niesie Danusię na ręku jak matka dziecko - i zrozumieli jego kochanie, gdyż obaj mieli jeszcze młodą krew w żyłach.
On zaś zawahał się przez chwilę, czy chorą przed się wziąć na siodło i trzymać w drodze przy piersi, czy też złożyć w kołysce. Namyślił się wreszcie na to ostatnie mniemając, że wygodniej jej będzie jechać leżący. Zatem zbliżywszy się do stryjca pochylił się do jego ręki, aby ucałować ją na pożegnanie, ale Maćko, któren w rzeczy miłował go jak źrenicę oka, jakkolwiek nie chciał okazywać przy Niemcach wzruszenia, nie mógł się jednak powstrzymać i objąwszy go mocno, przycisnął usta do jego bujnych złotawych włosów.
- Boże cię prowadź! - rzekł. - A o starym przecie pamiętaj, bo niewola zawsze to ciężka rzecz.
- Nie zapomnę - odpowiedział Zbyszko.
- Daj ci Matko Najświętsza pociechę!
- Bóg wam zapłać i za to... i za wszystko.
Po chwili Zbyszko siedział już na koniu, ale Maćko przypomniał sobie jeszcze coś, gdyż skoczył ku niemu i położywszy mu dłoń na kolanie rzekł:
- Słuchaj! A jeśli Hlawę dogonisz, to co do Zygfryda, bacz, byś hańby i na się, i na mój siwy włos nie ściągnął. Jurand - dobrze, ale nie ty! Na miecz mi to przysięgnij i na cześć!
- Póki nie wrócicie, to i Juranda pohamuję, aby się na was za Zygfryda nie pomścili - odpowiedział Zbyszko.
- Tak-że ci o mnie chodzi?