- Ale teraz pytaj, zbawco!
- Była-li moja niewiasta w tym oddziele, z którym szedłeś?
Na twarzy Sanderusa odbiło się pewne zdziwienie. Słyszał on był wprawdzie, że Danusia była żoną Zbyszka, ale że ślub był tajny i że zaraz ją porwano, więc w duszy zawsze myślał o niej tylko jak o Jurandowej córce.
Jednakże odpowiedział z pośpiechem:
- Tak, wojewodo! była! ale Zygfryd de Löwe i Arnold von Baden przebili się przez nieprzyjaciół.
- Widziałeś ją? - pytał z bijącym sercem młodzian.
- Oblicza jej nie widziałem, panie, ale widziałem między dwoma końmi kolebkę z wikliny, całkiem zamkniętą, w której kogoś wieźli, i strzegła jej ta sama jaszczurka, ta sama służka zakonna, która przyjeżdżała od Danvelda do leśnego dworu. A i śpiewanie słyszałem też żałosne z kolebki dochodzące...
Zbyszko aż pobladł ze wzruszenia, siadł na pniu i przez chwilę nie wiedział, o co pytać więcej. Maćko i Czech byli też wzruszeni niepomiernie, gdyż ważną i wielką usłyszeli nowinę. Czech pomyślał może przy tym o tej swojej kochanej pani, która została w Spychowie, a dla której wiadomość ta była jakby wyrokiem na niedolę.
Nastała chwila milczenia.
Wreszcie chytry Maćko, który Sanderusa nie znał i zaledwie coś o nim poprzednio zasłyszał, spojrzał na niego podejrzliwie i spytał:
- Coś ty za jeden? i coś robił między Krzyżaki?
- Com za jeden, wielmożny rycerzu - odpowiedział włóczęga - niech i na to odpowiedzą: ten waleczny książę - tu wskazał Zbyszka - i ten mężny czeski hrabia, którzy mnie znają od dawna.
Tu widocznie kumys począł na niego działać, bo się ożywił i zwróciwszy się do Zbyszka począł mówić donośnym głosem, w którym nie było już ani śladu poprzedniego osłabienia:
- Panie, ocaliliście mi podwójnie życie. Bez was byliby mnie wilcy zjedli albo dosięgła kara biskupów, którzy wprowadzeni w błąd przez moich nieprzyjaciół (o, jak ten świat jest niegodziwy!), wydali rozkaz ścigania mnie za sprzedaż relikwii, których podejrzewali prawdziwość. Ale ty, panie, przygarnąłeś mnie; dzięki tobie i wilcy mnie nie strawili, i pościg nie mógł mnie dosięgnąć, albowiem brano mnie za jednego z twoich ludzi. Nigdy też nie zbrakło mi przy tobie ni jadła, ni napoju - lepszego niż to tu kobyle mleko, którym się brzydzę, ale którego napiję się jeszcze, aby okazać, że ubogi, pobożny pielgrzym nie cofa się przed żadnym umartwieniem.
- Gadaj, skomorochu, żywo, co wiesz, i nie błaznuj! - zawołał Maćko.