- Słuchaj! - mówił mu po drodze Geldryjczyk. Puścisz mnie na słowo i sam w całych Prusiech będę jej szukał, a gdy ją znajdę, wrócę do ciebie i wówczas mnie na nią wymienisz.
- Jeżeli żywa! jeżeli żywa! - odrzekł Zbyszko.
Ale tymczasem dobiegli do ławy Skirwoiłłowych jeńców. Jedni z nich leżeli na wznak, drudzy stali przy pniach, okrutnie przykrępowani do nich łykiem. Łuczywo jasno oświecało głowę Zbyszka, więc wszystkie oczy nieszczęśników zwróciły się ku niemu.
Wtem z głębi zawołał jakiś donośny, pełen przerażenia głos:
- Panie mój i obrońco, ratuj mnie!
Zbyszko porwał z rąk pachołka parę płonących szczepek, skoczył z nimi do drzewa, spod którego dochodził głos, i podniósłszy je w górę zawołał:
- Sanderus!
- Sanderus! - powtórzył ze zdumieniem Czech.
A ów nie mogąc poruszyć skrępowanymi rękoma wyciągnął szyję i jął znowu wołać:
- Miłosierdzia!... wiem, gdzie jest córka Juranda!... ratujcie mnie!