- Będzie mu tak! - rzekł. - Tak jako i innym... ta.k.
Na to Zbyszko zmarszczył brwi.
- Nie będzie mu ani tak, ani inak, gdyż to mój jeniec i przyjaciel. Razem nas książę Janusz pasował i jednym palcem tknąć ci go nie dam.
- Nie dasz?
- Nie dam.
I poczęli patrzeć sobie w oczy marszcząc brwi. Zdawało się, że obaj wybuchną, lecz Zbyszko nie chcąc kłótni ze starym wodzem, którego cenił i szanował, a mając przy tym serce rozkołysane wypadkami dnia, chwycił go nagle za szyję, przycisnął do piersi i zawołał:
- Zali chciałbyś mi go wydrzeć, a z nim i nadzieję ostatnią? Za co mnie krzywdzisz?
Skirwoiłło nie bronił się uściskom, a wreszcie wysunąwszy głowę z ramion Zbyszka, począł spoglądać na niego spode łba i sapać.
- No - rzekł po chwili milczenia - jutro każę moich jeńców powiesić, ale jeśliby ci.który był potrzebny, to ci go też daruję.
Po czym uściskali się po raz wtóry i rozeszli w dobrej zgodzie ku wielkiemu, zadowoleniu Maćka, który rzekł:
- Złością widać z nim nic nie wskórasz, ale dobrocią możesz go jako wosk ugnieść.
- Taki to już naród - odpowiedział Zbyszko - jeno Niemce o tym nie wiedzą.
I to rzekłszy kazał przywieść przed ognisko pana de Lorche, który wypoczywał w szałasie; jakoż po chwili przyprowadził go Czech, rozbrojonego, bez hełmu, jeno w skórzanym kaftanie, na którym wyciśnięte były pręgi od pancerza, i w czerwonej miękkiej mycce na głowie. De Lorche wiedział już przez giermka, czyim jest jeńcem, ale właśnie dlatego przyszedł chłodny, dumny, z twarzą, na której przy blasku płomienia można było czytać upór i wzgardę.
- Dziękuj Bogu - rzekł mu Zbyszko - iże cię podał w moje ręce, bo nic ci ode mnie nie grozi.
I wyciągnął ku niemu przyjaźnie dłoń, lecz de Lorche ani się poruszył.