Tu zwrócił się do Skirwoiłły:
- Samiście, kniaziu, przyznali, że słusznie prawię, a teraz rozważcie jeno: Nowe Kowno na wyspie. Ni tam wsi nie poburzym, ni stad nie zagarniem, ni jeńców nie nabierzem. I przecie dopiero co nas tam pobili. Ej! pójdźmy lepiej tam, gdzie się nas teraz nie spodziewają.
- Kto pobije, ten się napaści najmniej spodziewa mruknął Skirwoiłło.
Lecz tu zabrał głos Maćko - i począł popierać zdanie Zbyszkowe, zrozumiał bowiem, że młodzianek ma większą nadzieję dowiedzieć się czegoś pod Ragnetą niż pod Nowym Kownem - i że pod Ragnetą łatwiej będzie przede wszystkim schwytać jakiego znacznego jeńca, który by mógł posłużyć na wymianę. Mniemał także, że w każdym razie lepiej jest iść dalej i wychynąć niespodzianie w kraj mniej strzeżony niż porywać się na wyspę od przyrodzenia obronną, a strzeżoną prócz tego przez silny zamek i zwycięską załogę.
Jako zaś człek doświadczony w wojnie, mówił jasno i przytaczał tak walne powody, że każdego mógł przekonać. Tamci słuchali go też uważnie. Skirwoiłło poruszał kiedy niekiedy wzniesionymi brwiami jakby na znak przytakiwania, chwilami pomrukiwał: "Słusznie prawi!" wreszcie wsunął swą ogromną głowę między szerokie ramiona, tak że wyglądał całkiem jak garbaty, i zamyślił się głęboko.
Lecz po pewnym czasie wstał - i nic nie mówiąc począł się żegnać.
- A jakoże, kniaziu, będzie? - spytał go Maćko dokąd ruszym?.
Ów zaś rzekł krótko:
- Pod Nowe Kowno.
I wyszedł z namiotu.
Maćko i Czech spoglądali czas jakiś ze zdziwieniem na Zbyszka, po czym stary rycerz uderzył się dłońmi po udach i zawołał:
- Tfu! cóż to za pień!... To niby słucha, słucha, a potem swoje. Żal gęby drzeć!...
- Słyszałem ci ja o nim, że taki jest - odrzekł Zbyszko - a po prawdzie, to i cały tu naród uporczywy jako mało który. Cudzego zdania wysłucha, a potem jakoby kto na wiatr dmuchał.
- To czego pyta?
- Bośmy pasowani rycerze i dlatego żeby każdą rzecz na, dwie strony rozważyć. Ale głupi on nie jest.