- Ragnetę - rzekł Zbyszko. - Cztery dni temu byliśmy pod Nowym Kownem i pobili nas.
- To właśnie - rzekł Skirwoiłło.
- Jakże to?
- Dobrze.
- Poczekajcie - rzekł Maćko - bo ja tutejszej krainy nie znam. Gdzie jest Nowe Kowno, a gdzie Ragneta?
- Stąd do Starego Kowna niespełna mila - odpowiedział Zbyszko - a od Starego do Nowego też mila. Zamek jest na wyspie. Onegdaj chcieliśmy się przeprawić, ale pobili nas u przeprawy. Ścigali ci nas pół dnia, aż utailiśmy się w tych lasach, a wojsko tak się rozproszyło, że niektórzy dopiero dziś nad ranem się znaleźli.
- A Ragneta?
Skirwoiłło wyciągnął swe długie jak gałąź ramię na. północ i rzekł:
- Daleko! daleko...
- Właśnie dlatego, że daleko! - odparł Zbyszko. Spokój tam wokoło, bo co było zbrojnych ludzi z tej strony granicy, to ściągnęło ku nam. Nie spodziewają się tam teraz Niemcy żadnej napaści, więc na ubezpieczonych uderzym.
- Słusznie prawi - rzekł Skirwoiłło.
Maćko zaś spytał:
- Zali myślicie, że będzie można i zamku dobyć?
Na to Skirwoiłło potrząsnął głową na znak przeczenia, a Zbyszko odpowiedział:
- Zamek mocny, więc chybaby wypadkiem. Ale krainę spustoszym, wsie i miasta popalim, spyżę poniszczym, a co nade wszystko, jeńców nabierzemy, między którymi mogą być ludzie znaczni, a takich chętnie Krzyżacy wykupują alboli też wymieniają...